Sobota 23 marca 2019 | Imieniny: Oktawiana, Pelagii, Zbisława
5°C WIATR:
18ms
06:38 19:03

Rejestracja Zaloguj się
RADIO KWIDZYNIAKÓW
AVIVA - SPRAWDZAMY JAKOŚĆ KWIDZYŃSKIEGO POWIETRZA - KLIKNIJ TUTAJ

Gospodarka > Wolny rynek

WYWIAD Z MARKIEM KRZYKOWSKIM, PREZESEM ZARZĄDU INTERNATIONAL PAPER – KWIDZYN SP. Z O.O.

ŻADNA NAGRODA NIE ZASTĄPI MI UŚMIECHU

 

Marek Krzykowski

 

Zacznę nietypowo. Proszę dokończyć: „Kwidzyn to…”.

 

- Moje miejsce życia.

 

A coś więcej...

 

- Znalazłem tutaj swoje miejsce. Urodziłem się w Borach Tucholskich i mając piętnaście lat, opuszczając dom rodzinny, zdawałem sobie sprawę, że nigdy tam nie wrócę. Szkołę średnią skończyłem w Starogardzie Gdańskim, a studia w Gdańsku. Nie były to jednak miejsca, które w jakiś sposób mnie przyciągnęły. To, że w Kwidzynie zapuściłem korzenie i w tej chwili jestem bardzo mocno z nim związany jest dla mnie czymś niesamowitym. Poznałem osoby, z którymi warto pracować, ludzi z którymi warto działać społecznie i bardzo mnie to wciągnęło. Myślę, że nawet bez tytułu honorowego obywatela miasta jestem ambasadorem Kwidzyna na świecie. Gdziekolwiek się znajdę Kwidzyn jest rozpoznawalny i bardzo znany. Miałem kiedyś przygodę, gdzie będąc w Stanach Zjednoczonych zapytano mnie - czy Warszawa jest daleko od Kwidzyna? W Kwidzynie byli, a w Warszawie nie. Jest to ogromna satysfakcja i powiem szczerze, że czuję się kwidzyniakiem.

 

Rok 1983 i pierwsza praca w Zakładach Celulozowo-Papierniczych w Kwidzynie. Później przebyte poszczególne szczeble kariery, począwszy od najniższego stanowiska i powolne wspinanie się w górę - aż do szczytów. Czy ten model rzeczywiście został przeniesiony do systemu zarządzania firmy?

 

- Nigdy nie układałem sobie ścieżki kariery i to jest chyba najważniejsze. Pierwszą pracę rozpocząłem nie tutaj w ZCP, tylko na Politechnice Gdańskiej. Pracowałem tam rok i dwa miesiące, natomiast tu sprowadziły mnie sprawy bardzo osobiste. Rozpocząłem od najniższego szczebla jako szeregowy pracownik - elektromonter obwodów wtórnych zabezpieczenia i automatyki, później zostało ono zmienione na automatyk przemysłowy.

W pierwszych dniach od zatrudnienia ogrom tego zakładu wywierał na mnie uczucie iż jest to praca na kilka dni. Miałem takie przeświadczenie, że czegoś takiego nigdy nie ogarnę i powinienem się zwolnić. Pomoc kolegów i otwarta atmosfera spowodowała, że zacząłem się wszystkiego szybko uczyć. Po pół roku pracy byłem już brygadzistą ośmioosobowego zespołu, którym kierowałem i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy.

Uważam, że jeśli chodzi o zarządzanie to był to najciekawszy okres w moim życiu. Było to coś, czego się dokładnie uczyłem. Jak pracować z grupą ludzi, jak tworzyć klimat pracy, jak dzielić pracę, jak oceniać - te wartości oraz nauka zostały we mnie na bardzo długo i ciągle z nich korzystam. A czy ten model jest właściwy? Uważam, że jak najbardziej. Ludzie, którzy kończą studia mają ogromną wiedzę teoretyczną, bardzo nowoczesną i świeżą, lecz nie posiadają umiejętności. My w języku polskim zwykle mówimy o wykształceniu i łączymy wiedzę teoretyczną z praktyczną, a w języku angielskim jest to dużo lepiej rozdzielone, bo jest knowledge and skills [tłum. wiedza i umiejętności]. Dopiero połączenie tych dwóch rzeczy daje to, co jest pewną wartością każdego z nas. Trzeba mieć wiedzę i umiejętności praktyczne. Inżynier, który pracuje fizycznie, po przejściu tego etapu i połączeniu ze swoją teorią jest twórczy i kreatywny. Może potem awansować bardzo wysoko. Uważam, że taka strategia, która mnie spotkała jest dobra i z powodzeniem stosujemy ją cały czas. Jestem zwolennikiem, aby ludzie kończący studia zaczynali od niskich stanowisk i działa to doskonale, a przykładów jest multum. Śmieją się ze mnie, że często zmieniam asystentki. Zwykle przyjmuję asystentki, które są po studiach i mają właściwe wykształcenie, przydatne w tej firmie (niekoniecznie w biurze zarządu). W zakładzie zyskują szlif, uczą się jak się po nim poruszać, jak utrzymywać kontakty z pracownikami, z agencjami rządowymi czy bossami z korporacji. Potem jak już mają to opanowane przechodzą do innych działów. Na dzień dzisiejszy działy: pracowniczy, sprzedaży, obsługi klienta, zaopatrzenia są znakomitym miejscem dla osób, które zaczynają pracę koło mnie. Tak samo jest z inżynierami, którzy zaczynają od stanowiska robotniczego, a później są mistrzami, kierownikami. Właściwie cała kadra została wychowana w ten sposób i daje to doskonałe efekty.

 

 

Kwidzyn leży na powierzchni zajmującej ponad 20 km2. Jaką powierzchnią zajmuje IP razem z firmami satelitarnymi?

 

- To jest ponad 300 ha (3 km2 - dopisek redakcji). Jak na warunki światowe jest to duża powierzchnia, która jest bardzo dobrze zagospodarowana i jest o co dbać.

 

Rzeczywiście jest o co dbać, ale samorząd lokalny też powinien dbać o jak najlepsze relacje z najbardziej stabilnym podmiotem gospodarczym znajdującym się na tym terenie.

 

- Osobiście wyznaję taką zasadę, że biznes powinien być w odpowiednim dystansie od polityki i samorządu. Obowiązują pewne reguły i zasady, których należy przestrzegać i korzystanie z dodatkowych opcji bywa niebezpieczne. Demokracja ma to do siebie, że co jakiś czas zmieniają się władze. Przychylne relacje z jedną grupą osób mogą działać negatywnie w następnej kadencji. Lepiej zachowywać się w sposób zdystansowany i prowadzić swoją własną, merytoryczną politykę. 

 

Jeśli chodzi o Kwidzyn i ciągłość samorządu, to mamy do czynienia z niebywałą kontynuacją. Tak więc akurat w tym zakresie nie ma takiego niebezpieczeństwa, a zasady współpracy są przewidywalne.

 

- Ta współpraca jest zwykle dedykowana społeczności lokalnej, a nie samorządowi. Oczywiście na tym terenie dużo do powiedzenia ma właśnie samorząd, ponieważ jest ośrodkiem decyzyjnym. Wiadomym jest, że przez te dwadzieścia lat fundowaliśmy i wspieraliśmy różne inwestycje (o łącznej wartości prawie 30 mln złotych), ale zawsze było to robione z myślą o naszych pracownikach, mieszkańcach Kwidzyna i powiatu kwidzyńskiego. Taka praktyka jest kontynuowana i jest to bardzo wartościowe. Przecież opcja rządząca Kwidzynem nie ma zagwarantowanej władzy na wieczność. Dlatego chcemy być dobrze postrzegani przede wszystkim przez społeczeństwo i to niezależnie od tego, kto będzie nami zarządzał.

 

Którą ze zrealizowanych prospołecznych inwestycji wspomina Pan najmilej?

 

- Chyba pierwszą, czyli stację uzdatniania wody, która była początkiem czegoś, co potem było kontynuowane. Uważam, że z punktu widzenia określonych wartości dla ludności to jednak zdrowa, dobra i bezpieczna woda. Wszystkie inne elementy są jak gdyby dodatkiem, ale żywność i woda - to bazowe i bardzo ważne rzeczy, a dobrze wiemy jak wyglądała woda przed tą inwestycją.

Odpowiedzialną funkcję biznesu (CSR) poznaliśmy dzięki amerykanom. To, co się stało w Kwidzynie było przykładem dla innych firm, które zaczęły w podobny sposób działać w Polsce. Ciągle uważam, że jesteśmy liderem pod tym względem.

 

Widać w tym wszystkim przemyślaną politykę firmy, a jak to się ma do finansowania sportu wyczynowego.

 

- To jest bardzo ciekawy temat i bardzo lubię o nim rozmawiać. Uważam, że każdy ma swoje hobby, a dla wielu osób - podobnie jak dla mnie - jest to sport. Byłem sportowcem, miałem liczne osiągnięcia, a moja zawziętość pozostała mi właśnie ze sportu.

Z punktu widzenia biznesu zmienia się jednak optyka. Jeżeli produkuje się wyroby, które trafiają do detalicznego odbiorcy, to wówczas trzeba je reklamować. My współpracujemy z określoną grupą biznesu, gdzie image buduje się jakością, konsekwencją i różnymi warunkami handlowymi - to nas najbardziej interesuje. Sport niesie w sobie duże ryzyko marketingowe i gdybyśmy jakąś drużynę nazwali International Paper, a ona przegrałaby dziesięć meczy pod rząd, to image w społeczeństwie byłby taki, że ta firma jest nic nie warta. Taka drużyna, która utożsamia się z firmą i przegrywa wszystko to looser [tłum. przegrany]. Dlatego wolimy fundować dla miasta inwestycje, służąc społeczeństwu. Dzięki temu jesteśmy akceptowani w tym środowisku. Mamy dobry wizerunek, a na jedno wolne stanowisko zgłasza się 200 osób. Muszę patrzeć na naszą działalność przez pryzmat biznesu jaki robimy, a nie własnego hobby. Moje hobby w tym przypadku to działalność społeczna i w ten sposób możemy działać. Wiele osób z naszego środowiska udziela się w przeróżnych organizacjach i chwała im za to. Jest to tzw. balans życiowy czyli połączenie pracy, rodziny i działalności społecznej.

 

Ja to rozumiem, ale wiele osób spoza Kwidzyna w momencie, kiedy przychodziły informacje o kłopotach w Baskecie, a ostatnio o perturbacjach finansowych MMTS-u, komentowało to w ten sposób: przecież macie wielką fabrykę papieru, która może być sponsorem. Sam oczami wyobraźni widzę koszulkę MMTS-u, która skrojona jest na wzór ryzy papieru Polspeedu.

 

- Wykupiliśmy pewne części koszulki i w związku z tym też się reklamujemy. Natomiast nie jesteśmy sponsorem głównym. Uważam, że nasza polityka w tym względzie jest bardzo trafna, natomiast niesłuszne jest podejście ludzi. Kwidzyn jest miejscem, gdzie obroty finansowe nie są ogromne i nie stać miasta na drużyny marzeń piłki nożnej, koszykówki czy piłki ręcznej. Piłka ręczna ma ogromne tradycje dzięki Panu Prociakowi i całemu pokoleniu trenerów. Właściwie w Kwidzynie osoby dzieliły się na takie, które grają w piłkę ręczną, grali albo grać będą. Jest tutaj ogromne zaplecze i ta dyscyplina zawsze będzie obecna. Kwestia Basketu to była sprawa ambicji kilku osób, które chciały mieć drużynę, która będzie walczyła z Treflem, Asseco Prokomem i innymi drużynami. Te kluby oparte są o inne drużyny, które potrzebują tego wsparcia marketingowego i one to robią.

Uważam, że w sporcie najcenniejsze jest, gdy przegrany potrafi wyjść z twarzą z porażki. Trzeba uchylić czoło przed zwycięzcą i trenować dalej. Uważam, że te ambicje zostały rozdmuchane za bardzo i chcieliśmy mieć mistrzów Polski w koszykówce, piłce ręcznej i w innych dyscyplinach. Niestety, nie da się tego wszystkiego zrealizować, a działacze powinni skroić marzenia na miarę możliwości. W piłce ręcznej Kwidzyn stać na to, aby być w ekstraklasie, walczyć o medal brązowy czy srebrny. Złoto byłoby fantastycznym osiągnięciem, ale jak popatrzymy, kto gra w Lidze Mistrzów, to przykro byłoby patrzeć jak przegrywamy z kretesem. Lepiej być w tym miejscu, które dla nas jest właściwe.

 

Kilka lat temu szerokim echem odbiła się wasza telewizyjna kampania reklamowa. Proszę powiedzieć czy się to opłacało?

 

- Ta reklama zwróciła się dziesięć, może dwadzieścia razy. Promowaliśmy nie tylko nasz produkt (w postaci papieru), ale również Kwidzyn i International Paper. Gdy pojawiam się w wielu miastach, to występują synonimy International Paper i Kwidzyn, których używa się zamiennie. Wiele osób przez sentyment do tego miasta kupuje nasz papier. Ciągle nasza seria „Pol” jest najbardziej popularna w Polsce i to autentycznie działa. Myślimy czy czegoś podobnego nie powtórzyć w najbliższym czasie, ale tak żeby nie było to anonimowe, a wyraźnie było związane z Kwidzynem i najwyższą jakością.

 

Wszyscy bardzo chętnie przyznają się do tego, że mają z IP jakiś związek. Ostatnio pojawił się na rynku lokalnym nowy tytuł i w pierwszym numerze jego redakcja od razu sprzedała informację o miejscu zakupu papieru. Oczywiście... IP Kwidzyn. Jak to przeczytałem to wpadłem na pomysł, żeby w swojej stopce redakcyjnej zamieścić informację, iż Puls Kwidzyna od samego początku istnienia drukowany jest na kwidzyńskim papierze. Taka pozytywna identyfikacja jest niezbędna.

 

- Rozmawialiśmy na ten temat niejednokrotnie i jeżeli szukamy dalszego rozwoju biznesu, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Kwidzyn był nie tylko kojarzony z produkcją papieru, ale również z poligrafią. To jest też wielki mankament i dlatego mam trochę żalu do samorządu, bo nie wykorzystujemy wszystkich możliwości.

 

Przecież jest to ogromny rynek.

 

- Nasz papier trafia nie tylko do Polski, ale również za granicę. W cenie tego papieru jest również transport, ale można zaoszczędzić na jego kosztach. Z punktu widzenia biznesu nie liczy się tylko zysk, lecz również to jak szybko można obrócić pieniądze. Dla Kwidzyna byłaby to kapitalna rzecz. Uważam, że to wyzwanie w dalszym ciągu jest aktualne.

 

Dowiedziałem się o zamiarze wprowadzenia pilotażowego programu, który ma kosztować kilkadziesiąt milionów, a jego celem jest stworzenie alternatywy dla energii węglowej. Jak daleko wdrożona jest ta idea?

 

Emisja dwutlenku węgla jest w tej chwili na topie. Unia Europejska wprowadziła ogromne ograniczenia w tym zakresie i dotknie to również bardzo mocno Polskę, a szczególnie te firmy, które muszą wytwarzać ciepło. Często mówimy o energii elektrycznej, bo z punktu widzenia zwykłego człowieka myśli się tylko i wyłącznie o prądzie, natomiast z punktu widzenia biznesu, potrzebne jest również ciepło. Są to dwa różne zagadnienia, których ludzie generalnie nie rozróżniają, a bardzo mocno wpływają na biznes.

W przypadku produkcji papieru tego ciepła potrzeba bardzo dużo i należy mieć własną wytwórnię ciepła. Nasze ciepło pochodzi z sześciu kotłów (z czego dwa są biomasowe, bo spalanie ługu, który jest w procesie produkcji celulozy, to typowa biomasa). Tak samo spalanie kory i różnych odpadów, to również jest biomasa. Potrzeba więcej ciepła żeby utrzymać taką produkcję. Ponadto trzeba pamiętać, że dodatkowo ogrzewamy praktycznie całe miasto i spalamy węgiel. Emisja dwutlenku węgla na bazie węgla jest kosztowna i będzie jeszcze bardziej ograniczana. Niewielką alternatywą jest spalanie gazu, który kosztuje więcej niż energia węglowa i w końcu jest to bardzo niebezpieczne. Nie chcemy żeby spotkał nas taki los jak Ukrainę, Słowację czy Białoruś i z punktu widzenia strategii naszego działania byłoby to nielogiczne, żeby oprzeć się tylko i wyłącznie na jednym paliwie. Mamy stworzone warunki, aby spalać biomasę, lecz kiedy zbadaliśmy rynek to okazało się, że w Polsce tej biomasy praktycznie nie ma. Wszyscy na dzień dzisiejszy budują kotły na biomasę i liczą na to, że tyle biomasy powstanie. Być może powstanie, ale nie wszyscy rolnicy zamiast buraków czy pszenicy będą uprawiać biomasę. W Polsce przyrost biomasy jest mało efektywny. Przyrost hektara w ciągu roku to jest około 4-5 m3. Nie chciałbym, żeby lasy były przeznaczone do spalania. Jest to najgorsza rzecz jaka mogłaby się zdarzyć, gdybyśmy palili drewno przemysłowo. Drewno, które powstaje w wyniku zrębów może być doskonale wykorzystywane jako drewno opałowe, do kominków czy małych gospodarstw. My tego robić nie chcemy i dlatego sprawdziliśmy co się robi na świecie. Okazuje się, że w Stanach Zjednoczonych i we Włoszech są plantacje drzew szybkorosnących.

 

Topola?

 

- Jest ona jednym z przykładów. Jako korporacja mamy najlepsze doświadczenie z topolą, ponieważ może być nie tylko biomasą czy paliwem, ale może być również materiałem na włókna. W związku z tym można ją używać i do produkcji celulozy oraz do spalania. Generalnie jeśli wycina się tego typu drzewa to część może być do produkcji celulozy na włókna, a część spalana. Jest to optymalne w naszym przypadku, ponieważ potrzebujemy drewno na włókno i biomasę do produkcji ciepła oraz energii elektrycznej. Kiedy sześć lat temu zrobiliśmy takie małe pole pilotażowe, to okazało się, że najlepiej sprawdza się topola. Dlatego dzisiaj o niej mówimy. Jej przyrost to około 30 m3 i jest to ponad sześciokrotnie więcej niż naturalny przyrost jakiejkolwiek biomasy w Polsce.

Nie chcieliśmy robić tego tylko dla siebie, w związku z czym zgłosiliśmy się z naszą ideą do Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Agencji Nieruchomości Rolnych oraz amerykańskich inwestorów, którzy dysponują ogromnymi środkami i mogą zainwestować w taką produkcję biomasy w Polsce. Uważam to za bardzo korzystne dla wielu stron. Chcielibyśmy stworzyć rynek biomasy, by nie była ona tak droga jak jest, by było jej dużo i można było zastąpić węgiel oraz sprostać narzuconym przez Unię Europejską wymaganiom. Jest to program pilotażowy, w którym chcemy być liderem. Uważam również, że ilość ziemi do zagospodarowania w Polsce ciągle jest jeszcze ogromna i jeżeli komuś płaci się za to, że trzyma ziemię odłogiem, to lepiej produkować na tym np. biomasę.

 

A kto ma uprawiać te hektary?

 

- Potrzebujemy na własny użytek 25 tysięcy hektarów, a na dzień dzisiejszy mamy już 600, które są pod uprawą. W Polsce zagospodarowane są dwa miliony hektarów i to jest potencjalny areał, który może produkować ogromne ilości biomasy i wtedy bez problemu spełnilibyśmy wymogi unijne - głównie w energetyce, bo to jest największy problem. Aczkolwiek myślę, że biomasa z punktu widzenia całej Polski powinna być spalana lokalnie. Wszystkie kotłownie, które mamy na węgiel (dla osiedli, miast) powinny kupować biomasę i spalać jej 50%. Natomiast nie myślmy o tym, że elektrownie Jaworzno, Opole czy Bełchatów powinny wykorzystywać biomasę, gdyż wówczas musielibyśmy sprowadzać z całej Polski jej ogromne ilości. Spalimy więcej benzyny czy oleju napędowego na transport tej biomasy niż uzyskamy zielonej energii ze spalania. Jest to coś co wymagałoby pewnej regulacji. Myślę, że Urząd Regulacji Energetyki, Minister Gospodarki albo Minister Ochrony Środowiska powinien bliżej się przyjrzeć tym regulacjom, aby stworzyć odpowiednie warunki, żeby było to opłacalne. Jeżeli my będziemy musieli kupować biomasę ze Śląska czy lubuskiego to zapłacimy ogromne pieniądze za transport.

 

Skoro mówimy o energii to proszę powiedzieć, czy temat kwidzyńskiej spalarni śmieci jest już zamknięty?

 

- Uważam, że sprawa została źle poprowadzona. W województwie pomorskim nie ma lepszego miejsca niż IP-Kwidzyn. Biorąc pod uwagę dostęp do technologii, to spalarnia w Kwidzynie rozwiązałaby temat frakcji palnych odpadów całego województwa, a dla Kwidzyna nie przyniosłoby to żadnych negatywnych skutków. Dla nas byłaby to korzyść, bo jest to najtańsze i najlepsze paliwo jakie w ogóle może być, a spaliny po odpowiednim przefiltrowaniu są dużo czystsze od spalin z węgla. Ponadto emisja siarki i emisja azotu jest mniejsza w takiej spalarni. Byłoby to dodatkowe zajęcie dla około 100 osób pracujących w spalarni i usługach transportowych. Kiedy zostanie oddany most, to sprawa transportu nie będzie dla Kwidzyna uciążliwa. Reasumując - same korzyści dla naszego miasta.

 

To dlaczego decydenci nie wracają do tego? Chyba nie powie mi Pan, że przestraszyli się społecznego protestu?

 

- Nie wiem na ile protest był skuteczny, ale w tej chwili każda inwestycja: farma wiatrowa, szukanie gazu łupkowego, spalarnia śmieci - zawsze rodzi pewną liczbę protestów. W naszym przypadku głównie zaważyła kwestia Trójmiasta. Praktycznie byliśmy po słowie z Gdańskiem, ale próbowano to uzgodnić jeszcze z Gdynią. Uznałem, że jeżeli ta kwestia ma być oparta o wojnę polityczną, to mnie to nie interesuje. Patrzę na ten temat z punktu biznesowego i spokojnie czekam. Jeżeli rozwiązania trójmiejskie nie zadziałają, to możemy wrócić do rozmów.

 

Pozostaje ewentualnie kwestia przekonania społeczeństwa, szczególnie tych osób które aktywnie protestowały. Lobbowanie tej inwestycji było najsłabszą stroną całego przedsięwzięcia.

 

- W tamtym czasie mieliśmy wziąć całą odpowiedzialność na siebie. Dla nas sprawa spalarni nie jest tematem zamkniętym i prędzej czy później wróci. Gdyby ta spalarnia była w Kwidzynie to powiat kwidzyński byłby w najlepszej sytuacji. Wywóz śmieci czy koszty związane z utylizacją śmieci byłyby najniższe w powiecie kwidzyńskim. Jeżeli powstanie ona w innym miejscu to mieszkańcy zapłacą za to dużo więcej.

 

Lecz malkontenci wspominają też o zaszłościach związanych z ciepłem, kiedy to wiele lat temu też obiecywano tańsze ciepło, a teraz ceny te są porównywalne z pozostałymi rejonami.

 

Jeżeli mówimy o koszcie mieszkańca, to jednak pamiętajmy, że po środku jest pośrednik, który ma inną kalkulację kosztów.

 

Ale jest to spółka komunalna.

 

- Wiadomo gdzie są ustalane te ceny, a ja nie mam na to wpływu. Mogę tylko dodać, że w przypadku oczyszczania ścieków przez ostatnie sześć lat, podnieśliśmy stawki zaledwie o jeden grosz.

 

Jak na co dzień wyglądają relacje ze związkami zawodowymi?

 

- Nie chciałbym przechwalić, ale myślę że współpraca z naszymi związkami to wzorzec współdziałania zarządu firmy, pracodawcy i pracobiorcy. Oczywiście nie było to łatwe, bo już za mojej kadencji mieliśmy momenty, kiedy nie mogliśmy porozumieć się w kwestii podwyższenia płac. Nauka wyciągnięta z tamtego okresu pozwoliła nam zrozumieć, czego oczekuje pracodawca i jaka jest pozycja związków zawodowych. Mamy regularny dialog, spotykamy się co miesiąc i na dzień dzisiejszy wszystkie sprawy, które związki zawodowe zgłaszają są zrealizowane lub wyjaśniane na bieżąco. Ponadto nasze związki zawodowe są tak dobrze wyedukowane, że znają wszystkie regulacje i współdziałają z nami w zakresie prawodawstwa europejskiego na forum krajowym - w Warszawie i międzynarodowym - w Brukseli. Szefowie naszych związków zawodowych mają spotkania u prezydenta IP na Europę czy z organizacjami, które tworzą prawo dla Europy.

 

Wasze osiągnięcia zostały potwierdzone wieloma nagrodami.

 

- Już dzisiaj wiem, że będzie kolejne żniwo nagród. W ubiegłym tygodniu odebrałem Medal Europejski. Wiem, że w zakresie ekologii, współpracy ze związkami i firmy Fair Play – szykują się kolejne wyróżnienia. Nie chcę uprzedzać, ale są to fakty.

 

Która z nagród jest najwartościowsza?

 

- Najbardziej wartościowa nagroda to zupełnie inna rzecz. Żadna nagroda biznesmana, żadna moneta od prezydenta korporacji nie zastąpi największej nagrody jaką jest dla mnie uśmiech ludzi, których spotykam w mieście. Moi pracownicy nie uciekają ode mnie, a chcą ze mną rozmawiać. Nagrody biznesowe są czymś, co można otrzymać, natomiast nie są rzeczą na której mi bardzo zależy.

 

 

Z Markiem Krzykowskim rozmawiał Marek Sidor


Oceń artykuł
Autor: Wywiad opracowała Anita Przepiórka | Sobota 26 listopada 2011 | 002 8896
Czytelnik Pulsu Kwidzyna
06-12-2011, 09:26
IP: 83.20.15.102
Kwartalnik "Schody Kawowe" od 12 lat wydawane są na papierze z IP Kwidzyn i dopiero potrzebna była lokalna darmowa gazetka, żeby to zauważyć? Nie mówiąc o tym, że wszystkie wydawnictwa KTK wydaliśmy dzięki wsparciu IP w postaci papieru, co zawsze jest skrzętnie odnotowane w stopce redakcyjnej. Idąc tokiem myślenia prezesa IP - KTK "jest liderem" w korzystaniu z lokalnych produktów :)))
Marek Sidor
06-12-2011, 11:43
IP: 78.8.16.218
Widać, że każdy w inny sposób rozumie pojęcie „lidera”. Nie chcę wchodzić w skórę Prezesa IP, lecz z punktu biznesowego to zdecydowanie lepszym partnerem jest raczej ten kto płaci za papier potrzebny do druku. Szanuje dokonania KTK, ale Ich wydawnictwa nie można w żaden sposób porównać do lokalnej gazety - samofinansującej się i nie uzyskującej żadnego „wsparcia”.
MAM PROGNOZA POGODY KWIDZYNIACY
Prawa autorskie 2010 - 2019 © Puls Kwidzyna | Projekt i wykonanie Studio Siedem