Poniedziałek 23 października 2017 | Imieniny: Marleny, Seweryna, Odylii
12°C WIATR:
7ms
08:28 18:29

Rejestracja Zaloguj się
POGODA
WIRTUALNA WYCIECZKA PO KWIDZYNIE - panoramiczne zdjęcia - KLIKNIJ TUTAJ

Puls Kwidzyna > O tym się mówi

WYWIAD Z KSIĘDZEM KANONIKIEM IGNACYM NAJMOWICZEM, PROBOSZCZEM PARAFII KOŚCIOŁA KATEDRALNEGO PW. ŚW. JANA EWANGELISTY

 JAKI BOŻEK TAKIE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO

 

Ignacy Najmowicz


Na początek poproszę o „notkę biograficzną”.

 

- Kiedyś pewna pani zapytała mnie gdzie się urodziłem, a że byłem zajęty i nie bardzo mogłem rozmawiać, dlatego omijająco odpowiedziałem, że w Polsce. Ale dokładnie gdzie ksiądz się urodził? – nie odpuszczała zainteresowana. A ja na to, że w szpitalu. Była to osoba bardzo dociekliwa i pytała dalej. A w jakim mieście? Więc ja na to, że w Dobrym Mieście. Na pewno musi być to dobre miasto, skoro ksiądz się tam urodził – podsumowała pani. A ja właśnie w Dobrym Mieście k. Olsztyna się urodziłem i to prawie 50 lat temu.

Tam  skończyłem szkołę podstawową. Później była szkoła średnia w Olsztynie. Od dziecka podobały mi się mundury. Nie było wtedy w pobliżu żadnego liceum wojskowego i wybrałem szkołę kolejową, która wydaje się była jedyną posiadającą mundury w tamtej okolicy. Już po kilku miesiącach zacząłem tego żałować, ponieważ byłem humanistą, a tam kładziono nacisk na przedmioty ścisłe i zawodowe, które zupełnie mnie nie interesowały. Idąc dalej za mundurem zdecydowałem się na studia w szkole oficerskiej w Dęblinie, gdzie chciałem zostać pilotem. Tak się złożyło, że jej nie skończyłem, ale przeszedłem do seminarium, to jednak już zupełnie inna historia.

W międzyczasie był epizod w Dobrym Mieście, gdy nastał stan wojenny i istniała obawa, że wojsko może zająć budynki kolegiaty dobromiejskiej. Przeniesiono wówczas cały mój rocznik z Olszyna, abyśmy tam kontynuowali studia. Panowały tam trudne warunki, gdyż na korytarzach nie było okien, leżał tam śnieg, a pokoje były ośmioosobowe. I w takich „polowych” warunkach upłynęło nam prawie pół roku. Po święceniach, w roku 1987 znalazłem się w wikariacie w Olecku. Byłem tam do 1989 r. Następnie dwa lata wikariatu w Olsztynie, później był Malbork. Dwa lata w kościele Matki Bożej N.P. u księdza Żołnierkiewicza. W 1993 roku zostałem proboszczem w Malborku, w parafii Miłosierdzia Bożego. To pierwszy kościół przy wjeździe od strony Kwidzyna, po prawej stronie, usytuowany lekko w dole. Tam pełniłem służbę do 2004 roku i w grudniu przeszedłem do Kwidzyna do parafii Konkatedralnej.

 

Jestem zaskoczony szczególnie tą pierwszą słabością do munduru.

 

- Jak Pan widzi na ścianie, pozostały mi zamiłowania militarne. Trochę tego „żelaza” gdzieś tam jest i towarzyszy mi przez życie .To pamiątka pewnego etapu.

 

Zawsze odbierałem księdza jako człowieka bardzo spokojnego i pełnego kompromisu, a tu proszę... zbroje, „żelastwo”.

 

- To pokojowe hobby. Tak jak spacerowanie, gdyż staram się codziennie parę kilometrów przejść spacerkiem. Nie pomaga mi to w zrzuceniu kilogramów, ale utrzymuję za to bardzo dobrą kondycję. Muszę się o to starać, ze względu na zeszłoroczne problemy z kręgosłupem i... w ten sposób staram się uciec spod lekarskiego noża.

 

Parafia w Malborku, a później Kwidzyn. Są to pomimo bliskości, raczej dwa różne światy.

 

- Wielbark był bardzo specyficzną częścią Malborka. Tam ludzie łączyli pozytywne cechy miasta i wsi. Z jednej strony jest to część miasta, a więc większy dostęp do dóbr kultury - kina, sklepy, centra i to nie tylko handlowe. A z drugiej strony ta bliskość domków jednorodzinnych i ta znajomość sąsiedzka. Budowało to atmosferę prawie rodzinną i będąc tam jedenaście lat, w zasadzie poznałem wszystkich ludzi. Każdy z nich miał swoje miejsce w ławce kościelnej. Gdy kogoś brakowało, to od razu widziałem tę lukę, nawet gdy inny usiadł w tym miejscu. Tam chodziło do kościoła około 30 proc. mieszkańców.

 

Kwidzyn jest bardzo specyficzny pod tym względem. Nie wszyscy traktują to miasto jako swoje gniazdo.

 

- Nie całkiem się z tym zgodzę. Nie jest to tylko miejsce pracy, ale również ich życie. Oczywiście jak w większości miast zdarza się margines, któremu nie zależy na niczym i będzie malował po murach, rzucał śmieci na ulicę, kopnie kosz, albo wypróbuje siłę na jakimś znaku drogowym.

 

Ale ja nie mówię o wandalach. Chodzi mi budowanie swojej rzeczywistości w miejscu swojego stałego pobytu. Sporo mieszkańców ogranicza swoje relacje do zatrudnienia i zarobku.

 

- Ja mam inne odczucia. Rozmawiając z ludźmi, którzy chodzą do kościoła widzę, że ich podejście jest patriotyczno-lokalne. Im zależy. Ta grupa, o której Pan mówi jest względnie duża w porównaniu z osobami, które uczestniczą we mszy świętej niedzielnej. W niedzielę mieliśmy liczenie wiernych i wyszło niecałe 15 proc. regularnie uczęszczających. Ci ludzie na pewno są zatroskani o to miasto i patriotycznie nastawieni. Pewnie, że żyjemy w czasach kiedy być obywatelem świata wydaje się dumne, ale raczej odbywa się to na zasadzie odcięcia od swojego gniazda. Dzisiaj dom to praca. Idę i kupuję mieszkanie tam gdzie pracuję. Kiedyś gniazdo było najważniejsze, a rodzice budowali dom, aby dzieci i wnuki mogły tam mieszkać. Szukało się pracy wokół tego domu i miało to być siedlisko rodzinne. Dzisiaj nawet w święta coraz więcej ludzi wyjeżdża do ośrodków wczasowych, żeby nie sprzątać, a tylko odpoczywać. I pod tym względem ma Pan rację, a czy jest to dobry kierunek - to niewiadomo. Na pewno inny niż był do tej pory i nie wiem czy takie społeczeństwo będzie szczęśliwsze. Moim zdaniem – nie. Człowiek powinien budować na przeszłości i być z nią tożsamy. Jeżeli zerwiemy z przeszłością to stracimy fundamenty i na czym wtedy budować przyszłość? Moim zdaniem jest to niebezpieczeństwo, a nie szansa. W dużej mierze  wymuszone sprawami materialnymi, jazdą za chlebem - powoduje to wchłanianie kultury zachodniej i tamtejszych przyzwyczajeń. Tylko, że na zachodzie dochodzili oni do tego przez długie lata, a człowiek z Polski żył w innej przeszłości i nagle chcąc się dopasować do tego zachodu zatracił kontakt z korzeniami.

 

Myślimy podobnie, tylko że ja na to spoglądam wielopłaszczyznowo.

 

- Staram się nie oceniać, ale ta nasza rozmowa trochę wymusiła pewną ocenę. Myślę, że część osób, gdy dostrzeże niebezpieczeństwo, będzie chciało wrócić do źródła, tylko, że wtedy mogą zastać już wygaszone popioły i nic nie pozostanie z ciepła domowego ogniska. To jest zbyt krótki czas, by powiedzieć co się stanie z tym społeczeństwem za kilkadziesiąt lat. Czy jakieś mutacje nastąpią?

 

Ostatnie wiadomości ze świata, konsekwencje globalizmu, kryzys Unii Europejskiej i wreszcie werdykt wyborów parlamentarnych. To wszystko pokazuje, że jednak idziemy w złym kierunku.

 

- Europa wzrastała w świetle wartości ewangelicznych. Przechodziła blaski i cienie, wzloty i upadki. Niepowodzenia wynikały z ludzkich słabości i grzechów, a nie z Bożego przekazu. Dzisiaj nie chce się przyjąć świadectwa tego w konstytucji europejskiej. Co więc w zamian? Jeżeli człowiek wierzący, że Bóg będzie go sądził za jego życie, decyzje i wybory - popełniał mimo to błędy i czynił zło, to jakie decyzje będzie podejmował człowiek, który nie wierzy i nie boi się niczego? Naprawdę będzie lepszy i mądrzejszy, uczciwszy i sprawiedliwszy? Czy będą to prawa dobre dla wszystkich, czy tylko będą zależały od porozumień grup interesów? Jeżeli nie Bóg, to co - bożek pieniądz? No to się nie powiodło jego błogosławieństwo. Dziwnym paradoksem w sytuacji, gdy głosi się ochronę i szacunek dla różnych mniejszości to dopuszcza się bezkarne szydzenie i obrażanie uczuć większości. Tylko chrześcijan można piętnować. A może jednak jesteśmy mniejszością, skoro wierzący nie dają świadectwa wiary, nie bronią jej symboli?

 

I tak jesteśmy w zdecydowanie lepszej sytuacji niż za naszych młodzieńczych czasów, kiedy to mieliśmy niepełny dostęp do informacji i ograniczoną swobodę wypowiedzi.

 

- Teraz można wypowiadać się słusznie i niesłusznie, a to co zostanie uznane za poprawne - zostanie nagłośnione. Boję się, że też takie nieduże, ale jednak kneblowanie występuje. Czy to będzie pod hasłem ubliżania komuś, że jego poglądy są nienowoczesne, czy też przemilczenia pewnych wypowiedzi. Co z tego, że ktoś wypowiedział coś mądrego, skoro nie zostanie to nagłośnione. Teraz ci, którzy maja media z szerokim dostępem, decydują też o tym co słuszne i mądre. Nie zawsze jest miejsce na przeciwne wypowiedzi czy przekonania. Szanse powinny być równe dla każdego. Jeżeli mamy podejmować określoną decyzję, to powinniśmy wysłuchać obydwie strony. Jeżeli media zajmują się teraz komentowaniem, a nie przekazywaniem informacji, to podaje się odbiorcy gotową już papkę i nie zostawia miejsca na przemyślenia.

 

Moim zdaniem jest to również wykorzystywanie czarnego pijaru.

 

- Czy jesteśmy manipulowani? Ludzkość nie znosi żadnych zniewoleń i ograniczeń. Zobaczymy co będzie dalej.

 

Skoro mówimy o gospodarce i ciężkich, kryzysowych czasach, to bez wątpienia pojawienie się księdza w Kwidzynie zbiegło się z taką trudną sytuacją. Przejęcie schedy było ogromnym wyzwaniem i pomimo licznych kłopotów skończyło się pomyślnie.

 

- Z pewnością było to wyzwanie. Jest to zupełnie inny profil parafii. Dotychczas  zajmowałem się budową teraz renowacjami i tu również pojawia się pewien paradoks, ponieważ ksiądz nie jest przygotowywany do zajmowania się sprawami gospodarczymi. Z drugiej strony zastąpić księdza prałata Kruka, który przez wiele lat będąc proboszczem był bardzo cenionym człowiekiem i kapłanem - pełnił istotną rolę. Wejście w jego buty - okazały się trudne. Dlatego na początku nie potrafiłem się odnaleźć. Mamy poza tym inne charaktery, gdyż ksiądz prałat Kruk lubił spotkania z ludźmi, a ja jestem introwertykiem i lubię mieć czas na poczytanie, posłuchanie muzyki. Jest czas spotkań i czas przemyśleń - ja tak to dzielę. Wiadomo, że choroba księdza prałata Kruka sprawiła, iż wiele spraw znalazło się w zawieszeniu i zanim się z nimi zapoznałem, to czułem się bezradny. Na szczęście wielu przyjaciół księdza prałata Kruka ofiarowało mi swoją pomoc i dzięki temu tak się to dobrze ułożyło.

 

I wiele rzeczy udało się uratować. Choćby dach...

 

- Nie było to proste, ale dzięki Bogu i dobrym ludziom udało się. Człowiek stara się, aby wszystko było jak najlepiej i ksiądz prałat Kruk kiedy kupował te dachówki myślał, że będą one trwały przez 50 - może więcej lat. Nagle okazało się, że nie ma do kogo mieć pretensji, ponieważ firma została zlikwidowana. Ja w tym momencie czułbym się załamany, gdybym wiedział, że tyle wysiłku poszło na marne. Myślę, że wielu ludzi poznało tą nieprzyjemną stronę drapieżnego kapitalizmu, gdzie najpierw robią remonty w domach, a za jakiś czas firma zostaje rozwiązana i nie ma do kogo zwrócić się z problemem i reklamacją. Trudno jest w tym momencie się obronić, gdyż takich nieuczciwych wykonawców jest jednak sporo.

 

Faktem bezspornym jest, że otoczenie i sama katedra zmienia się wciąż na lepsze. Otwiera się również na ludzi niewierzących.

 

- W tym jest duża zasługa władz miasta, gdyż pieniądze parafialne byłyby kroplą w morzu potrzeb. Na szczęście władze miasta traktują cały zespół katedralno-zamkowy jako wizytówkę miasta. Można oczywiście reklamować miasto, wkładając grube miliony w reklamy telewizyjne, tylko co z tego jak przyjadą ludzie, rozejrzą się i nie ma na czym oka zawiesić. Poza tym nawet trudno jest dojechać do Kwidzyna. Władze mają bardzo dokładnie przemyślaną koncepcję, tego co jest i będzie do pokazania. Aby ludzie przyjechali i dobrze wspominali nasze miasto. W ramach tej samej koncepcji realizowana jest też budowa mostu, o którą miasto od wielu lat walczy i to z pozytywnym skutkiem.

 

Produkt mamy, chęci również - pozostaje tylko kwestia zatrzymania turystów na dłużej.

 

- Wydaje mi się, że to wszystko idzie w dobrym kierunku. Katedra przez cały dzień jest otwarta dla zwiedzających, chociaż przez to niestety bardzo często zdarzają się różne kradzieże. Kościół jest także, a może przede wszystkim otwarty, żeby w każdej chwili można się było pomodlić. Nasze myślenie biegnie w kierunku dobra miasta i mieszkańców. W porównaniu z malutkim kościółkiem malborskim konkatedra jest przeogromna i trudno mi sięgnąć wzrokiem i rozpoznać wszystkich obecnych w kościele.

 

Z ambony byłoby lepiej widać.

 

- To na pewno, ale niektórzy mieliby mnie za plecami. W tym momencie patrzymy sobie wszyscy w oczy i jesteśmy naprzeciwko siebie. Praca w Kwidzynie obudziła we mnie miłość do tego miasta. Wspomniał Pan, że nie ma tu patriotyzmu. Ja znam ludzi, którzy są zapalonymi patriotami Kwidzyna i potrafili mnie tym zarazić.

 

Ja nie powiedziałem, że nie ma patriotyzmu. Nie jest on po prostu dominujący i z tym się zgodziliśmy. Ja sam wielokrotnie namawiałem samorząd do tworzenia miejsca spotkań mieszkańców właśnie przy katedrze, a nie na Miłosnej, czy na stadionie.

 

- Gdyby tylko przy katedrze udało się wygłuszyć ten hałas, to byłoby dobrze.

 

W tym przypadku trzeba znaleźć kompromis.

 

- Przecież zdarzają się zakłócenia, ale staramy się to jakość zgrać czasowo, aby nikomu nie przeszkadzało. Może uda się założyć podwójne witraże, to by z pewnością pomogło w wyciszeniu tego hałasu.

 

Nie wszyscy odbierają proste przełożenie, że tam gdzie się dobrze dzieje w bezpośrednim twoim sąsiedztwie, to siłą rzeczy to dobro chociaż w części spływa też na ciebie, mimo że nie jesteś bezpośrednim beneficjentem. Więc jeżeli nasze miasto zaczyna dobrze prosperować, to siłą rzeczy będzie miało to odzwierciedlenie w katedrze.

 

 - Przy  wielu okazjach mówię o patriotyzmie, ale dzisiaj patriotyzm nie objawia się w tym, aby wziąć szable i siekać tych co myślą inaczej. Ja widzę go w zadbaniu, chociażby o czystość i przeraża mnie ta ilość śmieci bezmyślnie wyrzucana przez ludzi. Ma siłę przynieść butelkę wypełnioną płynem, czy kanapkę owiniętą papierem do lasu i wyrzuci ten papierek, czy butelkę. To właśnie jest brak patriotyzmu. W mieście jest wystarczająco dużo koszy, aby te śmieci bez problemu wyrzucić. Po drugie moim zdaniem patriotyzm polega również na kupowaniu polskich produktów. Wszyscy boją się bezrobocia, ale jak ma być praca, jeżeli te produkty, które człowiek w Polsce wytwarza nie będą przez innych Polaków kupowane. Oczywiście należy wyczuć tę granicę między jakością a ceną - natomiast gdzie cena jest podobna, to kupowanie produktów tanich obcych jest zagrożeniem miejsc pracy w Polsce, a jednocześnie sprawia, że człowiek będzie musiał wkrótce ponownie zakupić ten towar. Wiadomo, że to co się tanio kupi jest gorszej jakości. Choć zostanie o połowę taniej kupione, to będzie nadawało się tylko do jednorazowego użytku. Przez to jego kolega (rodzina) nie będzie miał pracy, a jak ten kolega nie będzie miał pracy, to też nie kupi tego wyroby, który on produkuje i w tym momencie jest to zamknięte koło. Dopóki Polacy nie zrozumieją, że maksymalnie musimy kupować polskie towary, to ten patriotyzm będzie ułomny. Po to potrzebna jest znajomość historii, aby ta teraźniejszość wyglądała zdecydowanie lepiej.

 

Ja sam od wielu lat stosuję bardzo prostą zasadę, jeśli mam dokonać poważniejszy zakup to penetruje Internet, znajduję produkt z określoną ceną, idę do kwidzyńskiego handlowca i zadaję mu pytanie, czy jest w stanie ściągnąć ten towar w podobnej cenie i... z reguły otrzymuję pozytywną odpowiedź.

 

- Wiem, że ludzie najpierw pytają o cenę, która jest równie ważna, ale należy wypośrodkować między ceną a jakością. Nie wiem, czy to się przyjmie. Ja próbuję do tej garstki, która przychodzi na mszę wlać to przekonanie o patriotyzmie.

 

Mamy do czynienia ze społeczeństwem medialnym...

 

- Jest to ze sobą połączone. Żebym ja miał pracę, muszę coś wytwarzać, a ktoś to musi kupić. Jeżeli ja będę wytwarzał i nikt tego nie kupi, to stracę pracę. Po co to tworzyć, kiedy nikt tego nie kupuje. Media polskie powinny przypominać tę prawdę.

 

Jakie są najbliższe plany dotyczące katedry?

 

- Cały czas coś trzeba tam robić i to w zależności od tego, jakie pieniądze uda się zdobyć. Parafialnymi pieniędzmi nie da się wiele zrobić. Przy takiej ilości ludzi, którzy chodzą do kościoła i składają ofiary, to w zasadzie oprócz drobnych remontów nie da się nic wykonać. Wszystko należy od tego do jakich środków dotrzemy. Plany są takie, aby co roku coś robić.

 

A takie najpilniejsze.

 

- To na pewno sprawa witraży, gdyż część jest uszkodzona. Szyby są stłuczone, popękane, co powoduje, że ten hałas wdziera się z zewnątrz do środka. Podobnie zacieki, które przez deszcz tworzą się na ścianach i niszczą dawne malowidła.

 

Kilka słów o krypcie.

 

- Wszystko to jest w kompetencji miasta, które dzierżawi te pomieszczenia. Nie było możliwości siłami parafii cokolwiek zrobić. Z panem Bogumiłem Wiśniewskim i przy poparciu burmistrza zaczęliśmy robić niezbędne prace. Pomagał nam pan Antoni Pawłowski i gdyby nikt się tym nie zainteresował, to zapewne przepadłoby to z kretesem. Dzięki władzom miasta i pomocy konserwatorów oraz wielu życzliwych ludzi udało się stworzyć mini muzeum. Na szczęście udało się i wygląda to bardzo dobrze.

 

Życzę zbliżenia się do wskaźników malborskich, jeśli chodzi o uczęszczanie wiernych do kwidzyńskiej świątyni.

 

Z ks. Ignacym Najmowiczem rozmawiał Marek Sidor


 

Oceń artykuł
Autor: Wywiad opracowała Anita Przepiórka | Sobota 29 października 2011 | 000 5159
MAM PROGNOZA POGODY KWIDZYNIACY
Prawa autorskie 2010 - 2017 © Puls Kwidzyna | Projekt i wykonanie Studio Siedem