Poniedziałek 17 czerwca 2019 | Imieniny: Laury, Alberta, Marcjana

Rejestracja Zaloguj się
RADIO KWIDZYNIAKÓW
AVIVA - SPRAWDZAMY JAKOŚĆ KWIDZYŃSKIEGO POWIETRZA - KLIKNIJ TUTAJ

Kultura > Strefa niezależna

W KOSTOPOLU ZNALAZŁEM SWOJSKIE KLIMATY (REPORTAŻ)

Barszcz ukraiński

 

 

Mój dom już od wielu lat, od lipca do końca października tonie w chaszczach wybujałych słoneczników. Te kwiaty są wyjątkowe. Słoneczne, w różnych odcieniach gorących barw, majestatyczne i radosne. To pewnie dlatego Vincent van Gogh poświęcił im tyle czasu, pracy, uwielbienia i dziś jego obrazy są bezcenne. Tylko on potrafił oddać w pełni ich urok i tajemnicę.

 

 

Uff, jak gorąco. Słupek rtęci zdecydowanie pnie się w górę. Końca nie widać jego zmagań. Pierwsze dni sierpnia 2010 roku na Ukrainie chyba przejdą do historii jako wyjątkowo upalne. Plany ukraińskiej wyprawy są ambitne. Muszę odwiedzić polonijną organizację w Czerwonogradzie, z którą „Nasza Europa” nawiązała współpracę. Wiozę im dwie biało-czerwone flagi. Lwów, ach Lwów… jego historia, ludzie, niezliczone ślady polskości, wyjątkowe zabytki, no i cmentarz na Łyczakowie. Ale nie byłoby tej wyprawy gdyby nie Kostopol. Miasto położone pomiędzy Równem a Sarny, w dawnym województwie wołyńskim.

 

W Czerwonogradzie

Paweł i Romek (mój imiennik – czyli „tioska”) odebrali mnie wprost z rejsowego, Lublin – Lwów  Ikarusa na skrzyżowaniu do Czerwonogradu. Toyota z przyciemnianymi szybami robi odpowiednie wrażenie. Torba do bagażnika i w drogę. Czerwonograd, to z przyległościami 80 tysięczne miasto, które powstało od podstaw w ciągu niespełna 10 lat na początku piątej dekady minionego stulecia. W jego rejonie odkryto ogromne pokłady węgla i los tej ziemi został przesądzony. Socrealistyczna zabudowa. Wysokie, szare, jednorodne bloki. Zero kwiatów, jakichkolwiek klombów czy klasycznych trawników. Paskudne zabudowy instytucji użyteczności publicznej. Okazały pomnik Stiepana Bandery. Siermiężne otoczenie. Kiepskie jezdnie. Krawężniki na niemal pół metra wysokie. Wystarczy nie wyhamować i walisz autem jak w ścianę z betonu. Koszmarna kraina, wroga ludziom, przy której podkrakowska Nowa Huta, to raj. Zamieszkałem w hotelu…  „Komfort”.

Paweł i Romek przyjechali po mnie o umówionej porze. Pokazali miasto. Potem kolej na kolację. Jechaliśmy na obrzeżach Czerwonogradu. Tu powstała dzielnica nowobogackich. Wille otoczone z reguły wysokimi parkanami. Śmietanka towarzyska.

 – O, tu mieszka znany bandzior, a obok sędzia rejonowy. Podobno teraz razem z rodzinami są na wakacjach na Krymie – skądś usłyszałem.

 W 80-tysięcznym mieście nie znaleźliśmy nic, gdzie można by zajść na kolację. Za to 15 kilometrów dalej, w wiejskiej chacie i na jej podwórku było spokojnie i urokliwie. Tu zjadłem prawdziwy barszcz ukraiński, pyszny bohato i ruskie pierogi, takie same z wyglądu jak u nas tylko smaczniejsze! Kwas chlebowy w upalny wieczór smakował wyjątkowo.

 

Na trasie do Kostopola

Do Kostopola wybraliśmy się we trójkę. Paweł kierował swoją czarną Toyotą, tioska pełnił rolę  pilota i mojego przewodnika. Tak „na oko” czekała nas podróż blisko 480 kilometrów w obie strony. Miałem tremę.

Rodzice mojego Ojca Stanisława Szałapskiego przenieśli się do Kostopola z Zawichostu. Również rodzice (Czesław, Felicja) mojej Matki Genowefy z domu Bagińskiej szukali szczęścia na wschodnich kresach Rzeczpospolitej. Pobliskie kamieniołomy (w okolicach Równego widziałem czynny kamieniołom) dawały nadzieję na lepsze życie. Dziadek, Czesław Bagiński pracował w takim kamieniołomie i zarabiał 6 złotych dziennie. Mama mówiła, że to dość wysoka stawka. Jej rodzinie dobrze się wiodło, choć miała jeszcze 4 siostry. Mieli domek na ulicy Drzewnej. Tam, na Drzewnej mieszkali głównie Polacy, ale sporo było Ukraińców, Rosjan, Niemców i Żydów. Ci ostatni trudnili się głównie handlem. Mama miała koleżankę Ukrainkę i kolegę Niemca. Dobrze pamiętała Staśka Szałapskiego. Byli rówieśnikami. Oboje rocznik 1930. Ten urwis biegał po Drzewnej i robił dużo hałasu. Razem też przed wojną chodzili do jednej klasy. Swego przyszłego męża pamiętała z niedzielnych mszy w pobliskim kościele katolickim. W Kostopolu wszyscy żyli razem i w zgodzie. Do Żydów w sobotę chodziła z ukraińską koleżanką, prawdopodobnie Maszą, by zapalić im świece przed Szabatem. Oni od piątkowego popołudnia już nic sami nie mogli zrobić. Taka religia, taki obyczaj. Za to dostawały macę i drobniaki do kieszeni. Jak minęła sobota, to od niedzieli rana Żydzi otwierali swoje sklepy i handlowali wszystkim. U znajomego Żyda brało się towar na zeszyt. Nie płaciło się gotówką, bo jej nie było. Dopiero po tygodniowej wypłacie dziadka, babcia Fela szła z Gienią regulować należności. Żyd cenił sumiennych klientów i w nagrodę za terminową zapłatę dawał Gieni 20 groszy albo coś słodkiego.

- Tam żyło się dobrze. Ziemia była urodzajna. Klimat bardzo sprzyjający. Zimy mroźne, ale krótkie, a lata długie i ciepłe – wspominała moja mama.

W czerwcu w Prabutach było spotkanie Wołyniaków. Przyjechał też z własnym wykładem ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zalewski – znany historyk, znawca dziejów Wołynia. Byłem tam i rozmawiałem z Wołyniakami z księdzem Zalewskim też. Kiedy wspomniałem, że w sierpniu jadę do Kostopola, w rodzinne strony moich przodków, to wywołało to wzruszenie wśród obecnych. Prosili mnie bym porobił zdjęcia z Łucka, Równego, Kostopola i Sarnych. Teraz siedziałem w czarnej Toyocie i zbliżałem się do Łucka. Serce mi zadrżało na wspomnienie prabuckiego spotkania. Robiłem zdjęcia. Mam je. Podobnie było w innych miejscowościach, z których pochodzą Kwidzyniacy, Prabucianie, Sztumiacy i inni.

 

Blisko celu

Minęliśmy Równe. Już tylko 35 kilometrów do Kostopola. Teraz na myśl przyszło mi takie skojarzenie, że ta wyprawa do rodzinnego miasta mojej Matki i mojego Ojca to taki życiowy obowiązek. Podobnie jak każdy muzułmanin raz w życiu musi odwiedzić święte miejsce Mekkę, tak ja zawsze wiedziałem, że będę tu, w Kostopolu.

 

fot. 2Paweł i Romek proszą panią w kiosku o pomoc w dotarciu na Gwardyjską – dawna Drzewną

 

Kostopol powitał nas na rondzie do miasta wielkim, monumentalnym napisem w cyrylicy: „Kostopil”. Wysiedliśmy z auta. Tioska wziął mój aparat, a ja nie bacząc na wstrzymany przez nas ruch pojazdów na kalcu (rondzie – akcent pada na pierwszą samogłoskę od końca) pozowałem do zdjęć na tle owego monumentu. Kierowcy nam przyglądali się, ale było spokojnie. Pojechaliśmy dalej. Mijaliśmy domy w niskiej zabudowie. Raczej skromne. Mały ruch samochodów i niewiele osób było na ulicach. Dopiero, kiedy dojechaliśmy do miejsca, które przypominało typowy małomiasteczkowy rynek w czworobocznej zabudowie, pojawiło się znacznie więcej Kostopolan. Zaparkowaliśmy Toyotę na parkingu i wysiedliśmy z auta. Jak dojechać na Drzewną? Czy ona jeszcze istnieje, a może w wojennej zawierusze starto ją z powierzchni ziemi? Czułem się zagubiony i nieswój. Ludzie obserwowali nas. Wyglądaliśmy jak na standardy Kostopola – inaczej. A odmieńców trzeba obserwować. Czarna, elegancka Toyota, panowie w czarnych słonecznych okularach, a jeden z rzucającym się w oczy aparatem fotograficznym. Jestem przekonany, że to bardzo rzadki widok w tamtych stronach. Paweł i Romek pytali się przechodniów o ulicę „Dierewiennaj”, „Drewiennaj” lub „Drewnoj”. Nikt nawet nie słyszał o takiej ulicy. Zaproponowałem, by kupić plan miasta. Niedaleko było widać taką budkę, która bardzo odlegle przypominała nasz kiosk Ruchu. Tu należy wyjaśnić, że w tamtych stronach jeszcze nie tak dawno, a może nawet obecnie ludzie nobilitują się w ten sposób, że zamiast brakujących, wstawiają sobie złote lub srebrne zęby. Tioska mówił, że na zdrowe zęby niektórzy zakładali sobie złote koronki żeby mieć jak najwięcej cennego kruszcu. To ma świadczyć o zamożności właściciela tych zębów. Właśnie pani z budki zapytana o plan Kostopola uśmiechnęła się szczerze i to był pierwszy raz kiedy widziałem całą buzię w złocie. Potem już przywykłem do podobnych widoków. Przyznam robi to dość zaskakujące wrażenie. Pojedyncze zęby już podobne widziałem, ale cała szczęka…

Choć planu Kostopola w budce nie było, to i tak mieliśmy ogromne szczęście. Ta pani mieszkała właśnie na Drzewnej, chociaż od 60 lat to już nie Drzewna, a Gwardyjska. Na kartce papieru odręcznie narysowała nam jak dojechać do ulicy, na której ongi mieszkali moi rodzice. Serducho zadygotało.

 fot. 1Złotousta kioskarka sporządziła odręcznie szczegółowy plan dojazdu na Gwardyjską

 


Powrót do przeszłości

Minęliśmy cerkiew, stację paliw, kilka przecznic. Jeszcze 100 metrów prosto i w prawo, a powinna być Gwardyjska. Widziałem stary zakład przemysłowy, który zajmował się wyrobami ze szkła. Nie mam pewności czy była to huta szkła czy jedynie szkło tu przerabiano. Coś słyszałem wcześniej o takiej fabryce.

 

fot. 3To jest fabryka szkła, ale przed wojną to była szkoła podstawowa, do której chodzili moi Rodzice

 

Wjechaliśmy w Gwardyjską. Paweł zatrzymał samochód. Wziąłem aparat i wyszedłem na zewnątrz. Długa, może nawet na kilometr ulica. Po obu stronach zabudowana domkami – chatami raczej wiejskimi niż miastowymi. Skromne otoczenie, ale bujna zieleń. I tu pierwsze deja vu. Niemal przy każdej chacie, w jej dalszym otoczeniu rosły w ogromnej ilości, cudnej urody – kępy, chaszcze słoneczników. Paweł wiedział, że kocham słoneczniki, co roku robię im setki portretów. Mam tysiące fot tych niezwykłych kwiatów.

- Roman, teraz już wiesz skąd się to u ciebie wzięło? Zobacz ile tu słoneczników – powiedział Paweł. One zawsze tu były.

 

fot. 4Na ulicy Gwardyjskiej – Drzewnej, Paweł i Romek pytali mieszkańców o przedwojennych sąsiadów

 

W żaden sposób nazwa: Gwardyjska nie kojarzyła mi się z Drzewną. Musiałem mieć pewność, że jestem na właściwej ulicy. Gdzieś tam w głębi duszy czułem, że to ta sama Drzewna. Opowiadania mojej mamy pokrywały się z tym, co teraz widziałem na własne oczy.  Jednak dla spokoju ducha poprosiłem kolegów, by porozmawiali z tubylcami, a ja międzyczasie robiłem zdjęcia. Paweł zagadnął kobietę, która jechała na rowerze. Była zbyt młoda, by mogła to potwierdzić. Odesłała nas w głąb ulicy w pobliże miejsca, które uchodziło za sklepik osiedlowy. Tam koncentrowało się życie towarzyskie Drzewnej. Na lichym zydlu przy sklepikowym stoliku na zewnątrz, siedziała pażiłaja babuszka.  Od niej nic nowego nie dowiedzieliśmy się, ale potwierdziła, że to faktycznie ulica Drzewna. Nie znała jednak nikogo o nazwiskach moich rodziców. Przyjechała tu już po wojnie. Tymczasem na Drzewnej szybko rozeszła się wiadomość, że przyjechali jacyś w czarnej limuzynie i rozpytują o zamierzchłe dzieje. Na pustej dotąd ulicy pojawiły się grupki osób. Sklepik osiedlowy też pusty dotąd, raptem zapełnił się osobami, które akurat teraz musiały dokonać drobnych zakupów, a że tam byli obcy i pan z Polszy, to już jedynie czysty przypadek. Obserwowali nas z wyraźnym zainteresowaniem. Właśnie przy sklepiku pojawiła się kobieta w szlafroku przerobionym na podomkę. Babuszka wskazała na nią, jako potencjalne źródło informacji. Kobieta w szlafroku była do 1975 roku listonoszką i jako taka powinna tu wszystkich znać. Jednak okazało się, że ona również przyjechała tu już po wojnie. Odesłała nas jeszcze dalej w głąb ulicy i powiedziała, że tam mieszkają ludzie, którzy byli tu jeszcze przed wojną. Poszliśmy. Ja dalej byłem zajęty wykonywaniem zdjęć i chłonąłem każdy szczegół, by jak najwięcej zapamiętać z tej wizyty.

 fot. 5Chata na Drzewnej

 

Polskie ślady

Paweł i Romek rozmawiali ze starym mężczyzną, który stał przy płocie swojego domostwa. Ja odstawałem od grupy z omawianych powodów.  Romek machnął na mnie ręką i podszedłem do rozmawiającej po ukraińsku trójki. Paweł w skrócie opowiedział, o czym wcześniej rozmawiali. Stary mężczyzna mieszkał tu przed wojną, ale twierdził, że nikogo z tamtych czasów nie pamięta. Moi koledzy poszli w głąb Drzewnej, a ja jeszcze przez chwilę pozostałem z mężczyzną. W języku polskim jeszcze raz rozpytałem o rodziców. On czystą polszczyzną odpowiedział, że nic nie pamięta i nic mi więcej nie powie. Czysta polszczyzna w tym miejscu była czymś szczególnym. Popatrzyłem mężczyźnie prosto w oczy i zapytałem:

- Pan jest Polakiem?

- Nie, odpowiedział i powtórzył piękną polszczyzną: jestem Ukraińcem. Proszę iść tam dalej. W domu, co „wchodzi w ziemię” mieszka najstarsza tu Polka, ona panu wszystko powie, dodał. Dwiema rękami uścisnąłem jego szorstką dłoń, przekazałem pozdrowienia, ukłoniłem się i odszedłem. On patrzył za mną jeszcze przez długi, długi czas.

Po drodze Paweł zagadnął kolejnego mężczyznę, ale on okazał oznaki zirytowania i kazał mu odejść. Nerwowo wymachiwał rękami. Sam też pospiesznie oddalił się w przeciwnym kierunku. Ciągle wlokłem się za kolegami z Ukrainy, zaglądałem chciwie w głąb obejść. Już wtedy czułem ogromną dla nich wdzięczność za to, że bezinteresownie tak bardzo starają się mi pomóc znaleźć choćby ślady po moich bliskich. Żeby tak ktoś wskazał dom mojej matki albo mojego ojca albo, chociaż wspomniał znane z opowiadań mamy nazwisko sąsiadów… myślałem.

 

fot. 6Chata na Drzewnej – bardziej przypominająca wiejską architekturę

 

Dom wchodzący w ziemię

Paweł z Romkiem już doszli do drewnianego „domu wchodzącego w ziemię”, ale nikogo tam nie zastali, a przynajmniej nikt im drzwi nie otworzył. Jednak obok w domu z cegły, na podwórku w głębi, widać było poruszające się osoby. Paweł głośno zapytał o kobietę z sąsiedztwa. 30 metrowa odległość nie sprzyjała dialogowi. Około 60 letni mężczyzna o lasce zapytał o powód naszej obecności. W końcu podenerwowany rzekł:

-  Co ty tam gadasz pod nosem. Hody suda!

Paweł jeszcze oponował, że może pies gdzieś biega i użre nas w goleń albo, że może on podejdzie do płotu, ale mężczyzna zdecydowanie nalegał:

- Hody suda!


fot. 9Dom wchodzący w ziemię


Weszliśmy nieśmiało w głębię podwórka. Mężczyzna podał dłoń, przywitał się z nami. Zaprosił krzątającą się w pobliżu żonę. Paweł wyjaśnił cel naszej wizyty. Okazało się, że owa najstarsza na ulicy Polka, to jego teściowa i mieszka samotnie w „domu wchodzącym w ziemię”. Posłał po nią. Po kilku minutach w furtce od strony podwórka ukazała się dość wysoka postać, niemłodej już kobiety w podomce. Na twarzy rysowało się zaniepokojenie i lekka nieśmiałość jak u nastolatki. Podążała wolno i delikatnie w moim kierunku jakby badała grunt, po którym stąpa. Zięć prostymi, ale niepozostawiającymi wątpliwości słowami zachęcał kobietę do przyjścia.

- Hody, hody suda. Pan z Polszy pryjechał, howoryt  staboj choczet – powiedział.

Za kobietą podążała, jak się potem okazało jej młodsza o rok koleżanka. Kobiety podeszły do nas. Każdy przedstawił się i zacząłem rozmowę. 

- Sąsiedzi z ulicy mówili, że jest pani najstarszą tutaj Polką i pamięta tych, co żyli tu przed wojną. Ja szukam domu mojej mamy i mojego ojca. Oni tu mieszkali do 45 roku – powiedziałem. Kobieta było widać, że jest podekscytowana. Uśmiechała się pod nosem, ale też czuła się niepewnie jakby nie wiedziała czy to, co powie będzie poprawne. Ciągle spoglądała kątem oka na zięcia i na córkę jakby szukała podpowiedzi i akceptacji tego, co chce powiedzieć. Zięć był osobą dominującą w rodzinie, klasyczny „samiec alfa”. Widać liczyli się z nim. On ją ciągle zachęcał do odpowiedzi, ale ona wahała się i w końcu powiedziała, że wcale nie jest Polką tylko Ukrainką. Trochę mnie to wyznanie zaskoczyło, ale delikatnie zapytałem:

- A jak się pani nazywa?

- Buraczyńska. Raisa Pawłowna Buraczyńska – powiedziała.

- No, ale to jest polskie nazwisko, a sąsiedzi mówili, że wy Polka – nie ustępowałem.

- Nie, ja Ukrainka – stanowczo dodała i zdecydowanie przecząco kiwała głową.

Trudno, pomyślałem, ale czułem, że rozmowa idzie ku końcowi, jakby wzrósł poziom nieufności tak wysoko, że zaraz wszystko się skończy i żeby podtrzymać dialog, zacząłem odwoływać się do pamięci Buraczyńskiej. Wymieniłem wszystkie imiona z rodziny mojej mamy i z rodziny mojego ojca. Buraczyńska, to rocznik 1931, czyli rówieśniczka moich rodziców. Skoro wszyscy tu się znali, no to raczej ich też znać powinna. Powiedziała jedynie, że Bagińskich, to trochę kojarzy, że tacy byli, ale gdzie i kto? Niewiadomo. Nie ustępowałem. Zacząłem pytać o inne nazwiska Polaków, którzy tu mieszkali. To był dobry trop. Zaczęła wymieniać dość składnie, a ja zorientowałem się, że to kopalnia wiedzy i poprosiłem żonę gospodarza o kartkę i długopis. Kiedy ta mi przyniosła i poprosiłem, by pani Buraczyńska powtórzyła wcześniej wymienione imiona i nazwiska ta powiedziała:

- Od Opackich pamiętam Piotra, Janinę, Marcela i Weronikę - w tym momencie nastąpiła konsternacja. Gospodarz i Buraczyńska zaczęli dopytywać, co ja tam piszę, po co mi te notatki i do czego mi to potrzebne. Wyjaśniałem, że to bardzo ważne dla tych, co tu chcieliby przyjechać, ale już nie mogą. Są starzy i słabi, ale kochają miasto swojego dzieciństwa i chcieliby wiedzieć jak najwięcej o tym jak teraz to wygląda i kogo tu pamiętają. Dodałem, że to będzie wzruszająca chwila i niejedna łza się uroni. Pokiwali głowami na znak zrozumienia. Jednak pani Buraczyńska już wcześniej wymienianych nazwisk nie powtórzyła.

 fot. 7Chata na Drzewnej, podobnie wyglądają inne domy. Bywają drewniane i bywają murowane

 

Poskarżyła się na brak pamięci

Cóż… pomyślałem sobie, skoro nie chce mówić o Polakach, to może powie o Ukraińcach. Tu też niestety amnezja dała o sobie znać. Naciskana przeze mnie wymieniła tylko jedno nazwisko: Semeniuk. Natychmiast zmieniłem temat, bo wolałem cokolwiek dowiedzieć się niż być uznanym za persona non grata i zmarnować jedyny trop z takim trudem pozyskany. Zacząłem pytać o sprawy, które dobrze znałem.

- A jak wam się tu żyło przed wojną?  - strzał w dziesiątkę!

Kobieta wyraźnie poczuła bezpieczny grunt. Zięć też ją zachęcał do wspomnień, on generalnie był nam bardzo przychylny. Widać, że chciał nam pomóc. Był po wylewie krwi do mózgu - prawostronnie sparaliżowany, ale cały czas stał przy nas opierając się o laskę. Reszta z nas w końcu usiadła na ławce w ogrodzie i jak w tyglu jeden gadał przez drugiego. Nawet koleżanka Buraczyńskiej miała wiele do powiedzenia. Tu doznałem drugiego deja vu. Moja mama mówiła, że tu każdy mówił w swoim języku i wszyscy doskonale rozumieli się. Teraz było tak, jak mama wspominała. Bez żadnego wysiłku rozumiałem każde zdanie, choć język ukraiński w zasadzie był mi obcy. Znałem ledwie kilka słów. Czułem się jak u siebie w domu. Mój mózg „łapał” bez problemu całe zdania, nie było najmniejszej bariery językowej. Do rozmowy włączył się zięć i jego żona, Buraczyńska zalewała nas potokiem słów. Byłem szczęśliwy, że udało mi się dotrzeć do serc tych ludzi i „rozwiązać im języki”. Tu miało miejsce trzecie deja vu. Buraczyńska mówiła, że tu nikomu nie przeszkadzało, kto kim był. Wszyscy się znali. Razem chodzili do szkoły, razem na podwórku bawili się, a nawet jedni u drugich byli kumami i często można było spotkać mieszane małżeństwa, szczególnie polsko-ukraińskie. U Żyda robiło się zakupy w ten sposób, że przez cały tydzień brało się produkty na zeszyt, a po wypłacie regulowało się rachunki. Żyd udzielał upustu za terminowe zapłaty albo dawał drobny prezent. Dokładnie to samo po wielokroć mówiła moja matka. Znowu czułem się jakbym już tu kiedyś był i o tym wszystkim wiedział. Pytałem też o szkołę i kościół, który często przewijał się we wspomnieniach mojej mamy. Okazało się, że po 45 roku sowieci zburzyli go, a na jego miejscu postawili kotłownię Szkoły Podstawowej Nr 3.

- Dobrze nam się tu żyło - westchnęła Buraczyńska - ale jak w 1941 roku wkroczyli tu Niemcy, to wszystko się zmieniło - nagle jej twarz zastygła i posępniała - Z całej ulicy zostało tu po wojnie tylko 10 rodzin, reszta wyjechała nie wiadomo gdzie, a w ich miejsce przywieźli Ukraińców z „Akcji Wisła”- dodała Buraczyńska.

Zrozumiałem, że to koniec rozmowy i zaproponowałem wspólną fotografię. Romek zrobił nam małą sesję zdjęciową. Żegnaliśmy się szczerze, padło wiele ciepłych słów. Ściskaliśmy sobie dłonie, a Buraczyńska przytuliła się do mnie, a ze wzruszenia zaiskrzyły się jej oczy i poleciały łzy. Zięć do końca był dla mnie przychylny i chwalił się, że zna Wałęsę z telewizji, choć na początku „Solidarność” przypisał generałowi Jaruzelskiemu.

 fot. 7Komin po kościele. Tyle pozostało po wysadzonym po 45. roku kościele katolickim, który ciągle przewijał się w opowieściach mojej Mamy

 

Burza w mózgu

Wsiedliśmy do Toyoty. Paweł jeździł ulicami Kostopola i w pewnym momencie zatrzymał auto. Nie wiedziałem dlaczego, ale Paweł nakazał wysiadkę i wyjaśnił, że wcześniej dowiedział się jak trafić w miejsce gdzie kiedyś stał kościół obecny we wspomnieniach moich rodziców, a tuż po wojnie wysadzony w powietrze przez Sowietów. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od wielkiego placu, przy którym mieściły się władze miasta stała kotłownia z wysokim, żelaznym kominem na 20 metrów. Tyle pozostało po kościele. Chciałem już stąd odjechać. Różne myśli kłębiły się w mojej głowie.

Ponad 20 kilometrów jechaliśmy w absolutnej ciszy. Tak wiele, w tak krótkim czasie wydarzyło się, że nasze myśli musiały złapać chwilę oddechu na uporządkowanie się. Pierwszy odezwał się tioska.

- Mam wrażenie, że ci ludzie, z którymi rozmawialiśmy wiedzą dużo, dużo więcej niż nam powiedzieli – zagadnął. Hm… a to heca. Miałem dokładnie takie same odczucia, a Paweł przekonany o słuszności naszych domysłów zaczął snuć wyjaśnienia wspólnej tezy.

- Oni się nas bali. Cztery dekady żyli w policyjnym państwie, gdzie lepiej mówić mniej niż za dużo. To ciągle tkwi w ich umysłach. Słyszeli też, że się Ukraina godzi z Polską, to może przyjadą Lachy i będą im odbierać, to co mają najcenniejsze. Lepiej siedzieć cicho, bo nic nie wiadomo. Może już obowiązuje jakieś prawo, o którym nie słyszeli… Niemcy w Polsce zabierają swoje chaty, to może Polacy będą nam zabierać?

Jest jeszcze jedna bolesna kwestia. Pani Buraczyńska swoje opowieści zakończyła na 1941 roku. Co było dalej? O tym wie każdy, kto tylko wiedzieć chce. I tu przywołam wspomnianych wcześniej ukraińskich Semeniuków. Oni byli sąsiadami mojej matki. Semeniukowa, jak wspominała mama, przybiegła kiedyś do chaty Bagińskich i wykrzyczała:

- Uciekajcie do lasu. W nocy przyjdą nasze chłopy i będą was mordować! Uciekajcie! - no i uciekli i dzięki temu mogę dziś o tym napisać. A Ukraińcy? Ciągle wolą o tym nie pamiętać. A pojednanie jest tuż, tuż…  tyle, że trzeba by przełknąć gorzką pigułkę prawdy historycznej.

 

fot. 8Wspólna fotografia, trzecia od lewej – Buraczyńska

 

Czwarte deja vu?

Tajemnicza pani Buraczyńska, sąsiedzi Semeniuki, czy to przypadkiem nie tu mieszkała moja mama z rodziną?

 

 

POST SCRIPTUM

Ten reportaż natychmiast po napisaniu trafił pod strzechy, zarówno te polskie jak i ukraińskie. Tu i tam wzbudza niezwykle emocjonalne zainteresowanie. W Czerwonogradzie w jednym z polonijnych domów odbyło się spotkanie towarzyskie, na którym Roman Kuczma – drogi mojemu sercu ukraiński przewodnik, czytał na głos tekst, który przekazałem Pawłowi, drugiemu ukraińskiemu przewodnikowi. Paweł we wrześniu był w Malborku i to była okazja do przekazania tego reportażu. Potem Paweł, już przez telefon opowiadał o wzruszeniu jakie towarzyszyło temu polonijnemu spotkaniu.  Jedna sentymentalna podróż, a tyle więzi, sympatii, wzruszeń i pozytywnych emocji, hm…

W grudniu ubiegłego roku mój reportaż trafił do mojej ciotki – Ireny Bronowickiej, młodszej siostry mojej mamy. Ciotka Irena uzupełniła moją wiedzę o fakt, że owa fabryka szkła w Kostopolu, to nic innego jak przedwojenna szkoła, do której chodziła moja Mama i mój Ojciec. Hm… żebym to ja wtedy o tym wiedział… dobrze, że chociaż mam fotę tego gmaszyska.

 

Roman Szałapski

Oceń artykuł
Autor: Zdjęcia - Roman Kuczma z Ukrainy i Roman Szałapski z Polski | Sobota 26 marca 2011 | 016 14681
Bożena Kluch
30-07-2011, 17:41
IP: 95.40.11.204
Też byłam w 2010 w Kostopolu z tatą /Bolesław Pluta/, Odnalazł dom przy ulicy Polowej, gdzie urodził się w 1936. Pozdrawiam. Szukaliśmy sladów kościoła, ale nikt nie wiedział lub niechętnie mówił..
Roman Szałapski
10-08-2011, 20:05
IP: 89.229.221.234
Pani Bożeno,
dziękuję za wpis. Miała Pani, a szczególnie Tata dużo szczęścia - trafiliście dokładnie do celu. Ja nadal mam dylemat i tylko mogę domyślać się gdzie mieszkali moi Rodzice. Tam ludzie faktycznie są nieufni i nie dziwię się, że nie chcieli mówić o tym spalonym kościele. Jednak jest też dobra informacja. Po publikacji reportażu otrzymałem inf., ze zdjęciem, na którym widać nowo budowany kościół przez Polaków.
pzdr:
:)
Jola Spatzier/Krawczyńska/
26-08-2011, 10:14
IP: 178.42.184.135
Witaj Romku,
Przeczytałam Twój reportaż z pobytu na dawnych terenach Rzeczpospolitej i nie ukrywam wzruszenia i zaciekawienia, jeśli domyślam się to dom naszych dziadków i rodziców jest domem , który zajęła Pani Buraczyńska.
Jesli wiesz więcej na ten temat proszę podziel się swoja wiedzą.
Pozdrawiam .
Jola
Ps.
wykonałeś kawał dobrej roboty
roman szalapski
26-08-2011, 14:48
IP: 89.229.221.234
Jolu, napisz do mnie: rszalapski@wp.pl :))
Józef Łukasiewicz
02-01-2012, 20:06
IP: 178.37.113.66
Czy mogę opublikować ten tekst na łamach kwartalnika "Wołyń Bliżej"?
Marek Sidor
02-01-2012, 20:19
IP: 62.87.227.227
Z naszej strony nie ma żadnych przeciwwskazań, a i Romek Szałapski zapewne byłby szczęśliwy. Proszę tylko podać źródło publikacji :)
rszalapski
27-08-2012, 13:56
IP: 89.229.221.234
Proszę, Panie Józefie coś więcej napisać o kwartalniku... no i liczę na numer autorski. pzdr: rszalapski
Tadeusz
04-11-2012, 00:27
IP: 46.186.51.62
Byłem w Kostopolu, rodzinnym mieście mojej matki (rocznik 1936) w roku 2011. Planowałem powrót w tym roku ale nie wyszło. Nie miałem tyle szczęścia co p. Bożena i nie znalazłem domu mamy. miałem zbyt mało czasu, bo moja żona nie chciała nocować po tamtej stronie granicy (opowieści wojenne zrobiły swoje). Szukam wszelkich informacji o cmentarzu na którym pochowany jest mój dziadek. Już w czasie wojny częściowo teren cmentarza zaczął zajmować sąsiadujący z nim tartak. Szukam informacji o Adamówce (osiedle leżące na skraju miasta w stronę Sarn)
artur
24-12-2012, 12:03
IP: 78.88.27.46
Moja mama r.1933 i jej 2 siostry oraz ich brat urodzili się i mieszkali w Kostopolu.
Niestety nie wiem na jakiej ulicy mieszkali. Mieli na nazwisko Dembowscy.Może wie Pan gdzie mogę znaleźć informacje o mojej rodzinie?Po wojnie jako repatrianci przejechali do ząbkowic śląskich.
Pozdrawiam.
P.S. Reportaż dla mnie był przeniesieniem się w czasie i przestrzeni.
Dziękuję
Aldona Cyran
01-02-2013, 21:54
IP: 83.27.181.80
Witam.Przeczytałam twój reportaż z przejęciem, ponieważ występuje tam nazwisko Bagińskich.Mój dziadek Cezary Bagiński i żona Rozalia z domu Schmidt również mieszkali w Kostopolu i trochę na wsi Antonówka.Mieli siedmioro dzieci .Wybieram się w tym roku do Kostopola,ale nie wiem na jakiej ulicy mieszkali. Z twojej relacji wynika, że raczej niczego się nie dowiem,ale będę próbować.Pozdrawiam.
Mańczyk
08-06-2013, 19:29
IP: 89.229.45.74
Rodzina mojej mamy mieszkała w Kostopolu na ul.Kopernika ,a póżniej Piłsudskiego (na przeciwko kościoła) mama Zofia Mańczyk 1933r. Leokadia 1930r. Wiesław 1928r. Edwin 1926r. i Maria 1925r. Dziadek pacowała w Janowej Dolinie w kamieniołomach. Byłam w Kostopolu w 2009r. ale trudno odnaleźć tam miejsca które zapamietali nasi najbliżsi. Szkoda ,że to wszystko odeszło i minęło. Pozdrawiam wszystkich wołyniaków!!!
Mańczyk
08-06-2013, 19:31
IP: 89.229.45.74
Podaję mojego e-maila
anna 12819@wp.pl
Anna Głos (Mańczyk)
08-06-2013, 19:46
IP: 89.229.45.74
Zapraszam na tę stronę:


http://www.niedziela.pl/artykul/57340/nd/Wszyscy-czulismy-sie-Wolyniakami
pszczolkowska ludmila
25-06-2013, 19:59
IP: 83.28.218.12
witam , ja sie urodzilam w m. kostopol , kilka osob pytaja o stary cmentarz ,on znajdowal sie w miejscu przy ulicy Rowienskiej w centrum tam od 35 lat stoja bloki ,
Izabella
14-01-2017, 14:56
IP: 212.182.116.194
Raz jest napisane: Mój dziadek Cezary Bagiński i żona Rozalia z domu Schmidt, innym razem Dziadek, Czesław Bagiński a matka Felicja. To Czesław i Cezary to ta sama osoba a Rozalia i Feliksa też ta sama osoba?
romeo
09-04-2019, 13:34
IP: 80.51.178.3
W treści reportażu występuje jedynie Czesław i Feliksa Bagińscy. W komentarzach: Cezary i Rozalia, to dwie różne sprawy.
KWIDZYNIACY MAM PROGNOZA POGODY
Prawa autorskie 2010 - 2019 © Puls Kwidzyna | Projekt i wykonanie Studio Siedem