Środa 13 listopada 2019 | Imieniny: Stanisława, Mikołaja, Krystyna

Rejestracja Zaloguj się
RADIO KWIDZYNIAKÓW
AVIVA - SPRAWDZAMY JAKOŚĆ KWIDZYŃSKIEGO POWIETRZA - KLIKNIJ TUTAJ

Puls Kwidzyna > O tym się mówi

CO SŁYCHAĆ U „KRÓLA WYGRYWACZY”?

W życiu chodzi o to, żeby znaleźć to, w czym jest się dobrym i po prostu zacząć to robić, jemu chyba się to udało. Marek Krukowski jest wielokrotnym zwycięzcą teleturniejów, uczestnikiem m.in. Wielkiej Gry, Miliarda w rozumie i Va Banque oraz mieszkańcem Kwidzyna. W rozmowie z nami wspomina czasy wielkich zwycięstw oraz opowiada o przełomowym momencie w swoim życiu, decyzji o powrocie do rodzinnego miasta i przekazaniu swojego zbioru Bibliotece Miejsko-Powiatowej w Kwidzynie.

 

Marek Krukowski

 

Kiedy pierwszy raz pojawiła się chęć udziału w programie telewizyjnym?

- Chęć pojawiała się zawsze, musiało to być bardzo wcześnie, każdy kto ogląda teleturniej, w pewnym stopniu w nim uczestniczy i ja oglądając Wielką Grę, bo to był wtedy jedyny stały teleturniej, myślałem, że fajnie byłoby znaleźć się na miejscu gracza i odpowiadać na zadawane pytania. Ale w tym programie występowali dorośli, do 15 roku życia nie myślałem więc o tym, w sposób konkretny. Bezpośredni impuls do startu dał mi ojciec. Byłem już w liceum ogólnokształcącym, choć miałem wtedy dopiero 14 lat i brałem udział w konkursie polonistycznym dla klas I. Odpowiadałem na pytanie dotyczące średniowiecza, nie pamiętam dokładnie jego treści, ale wiem, że dużo mówiłem o eposach rycerskich. Niedługo potem mój ojciec, który jako polonista był w jury tego konkursu usłyszał, że odbywają się eliminacje do Wielkiej Gry z tematu „Europa w dobie eposu rycerskiego”. Ojciec powiedział mi wtedy, że skoro tyle o tych eposach wiem, to czemu miałbym nie spróbować. Nie byłem do końca przekonany, bo obawiałem się, że będzie bardziej o Europie niż o eposach, ale w końcu zdecydowałem się wziąć udział w eliminacjach w Warszawie. Na miejscu okazało się, że do udziału w programie dopuszczają tylko osoby pełnoletnie. Mogłem wystartować w eliminacjach, przeszedłem je, ale występ przed kamerami był nie dla mnie.

Kiedy osiągnąłem pełnoletniość, w kraju trwał stan wojenny i Wielkiej Gry nie nadawano. Mieszkałem w Warszawie, najpierw w akademiku, potem w małym mieszkanku na Bielanach, nie miałem telewizora, więc nie myślałem o teleturniejach. Jednak kilka lat później zdarzyło się, że miałem radio ustawione na sygnał telewizyjny i usłyszałem, że odbędą się eliminacje do Wielkiej Gry z tematu Feliksa Mendelssohna-Bartholdy. Pomyślałem wtedy, że gdyby to był Beethoven to od razu bym się zgłosił. Po tygodniu, kiedy znów usłyszałem informację o naborze do programu, pomyślałem: A co mi właściwie szkodzi spróbować? To był czas ferii, więc miałem trochę czasu, żeby się przygotować. Na eliminacje przyszło kilka osób i bez problemu udało mi się w nich zwyciężyć i dostałem się do programu. Niedługo potem odbywały się eliminacje z twórczości Roberta Schumanna, które też wygrałem. Pierwszy temat nie zmieścił się w jednym programie i doszło do sytuacji, że kiedy pierwszy raz wygrałem Wielką Grę, w tym samym odcinku wystartowałem z innego tematu. W historii Wielkiej Gry, tylko dwa razy miała miejsce taka sytuacja.

Tak to się mniej więcej zaczęło, a kiedy pierwszy raz udało mi się wygrać, to nie sposób było nie pójść na następne eliminacje i tak przez kilka dobrych lat.

 

Czy już wtedy myślałeś, że jest to dobry sposób na zarabianie pieniędzy?

- Kiedy wygrałem, nagle zacząłem dysponować takimi pieniędzmi, jakich nigdy wcześniej na oczy nie widziałem. To był rok 1988 i jeżeli można było w ten sposób zarabiać pieniądze, nikogo przy tym nie krzywdząc, to po prostu nie sposób było tego nie robić. Gdzie zarobiłbym tyle, co w Wielkiej Grze? Później zaczęły pojawiać się inne teleturnieje, już z wiedzy ogólnej, które przyciągały jeszcze bardziej.

 

Jaka była Twoja recepta na sukces?

- Jeżeli chodzi o Wielką Grę to sprawa była prosta, trzeba było nauczyć się wszystkiego (śmiech). Startowałem głównie z tematów muzycznych i na szczęście z tych zagadnień trzeba było najczęściej wykuć tylko jedną książkę, co mi bardzo odpowiadało, ale za to nauczyć się na pamięć np. stu płyt. Najważniejsze było jednak wytrenowanie przed grą otwartości umysłu, pozwalającej na swobodny dostęp do wiedzy i nie popełnianie jakiś prostych błędów. W studiu człowiek wariuje, jest bardzo spięty, czasami nie wie w ogóle co się dzieje. Wydaje mi się nawet, że nie można by mieć do nikogo pretensji, gdyby nie potrafił odpowiedzieć na pytanie: Jak pan się nazywa? To jest bardzo dziwne uczucie.

 

Mówisz o otwartym umyśle, czy to jest droga do dysponowania archiwami ludzkiej pamięci?

- Pamięć to jest taki jeden wielki chaos i czasami po prostu nie wiadomo co, gdzie znaleźć. Najważniejsze podczas gry jest to, żeby adrenalina sączyła się po kropelce, bardzo delikatnie, żeby nie zdominowała nastawienia do gry. Z drugiej strony nie można popaść w zupełną obojętność. Trzeba znaleźć równowagę. Wtedy nie potrafiłem zdać sobie dokładnie z tego sprawy, teraz doskonale wiem, w jakim trzeba być stanie umysłowym, żeby sprawnie odpowiadać, choć nie jest to łatwe do opisania Ogólnie moja technika polegała na tym, żeby nie przejmować się zupełnie niczym przez ostatni miesiąc przed grą, a skupić się na rozluźnieniu. Troszeczkę inaczej wyglądało to w przypadku Wielkiej Gry, gdzie trzeba było do ostatniej chwili uczyć się z określonego zakresu.

 

Opowiedz coś więcej o tym jak wyglądały ostatnie dni poprzedzające Twoje kolejne występy?

- Kiedy pierwszy raz występowałem w programie Miliard w rozumie, przygotowałem się solidnie z wiedzy ogólnej. Byłem przekonany, że to rodzaj gry, który daje mi jeszcze większe szanse niż gry z określonych tematów. Spotkałem wówczas jednego gracza, który wydawał mi się bardzo groźny. Zapytałem go jak się przygotowywał, a on mi odpowiedział, że w ogóle się nie przygotowywał. Jak się później okazało ten zawodnik wygrał cały roczny cykl programów, a mi trochę zabrakło szczęścia i odpadłem od razu w pierwszej rundzie. Postanowiłem więc, dla sprawdzenia, następnym razem w ogóle się nie przygotowywać no i to podziałało. Nastawiałem się w stan rozluźnienia, żeby nie ulec tremie, ponieważ niejednokrotnie obserwowałem jak niszczyła ona pewność graczy. Lubiłem również powtarzać różnego rodzaju rytuały, które jakoś tak same się wytworzyły. Kiedy jechałem na ten pierwszy Miliard w rozumie, wziąłem dodatkowe koszule, bo kolejne odcinki miały być rozgrywane w ciągu trzech dni, ale okazało się, że jedna mi wystarczyła, bo przegrałem. Na następny cykl pojechałem już w jednej koszuli, żeby nie zapeszać (śmiech). Przed występem czułem się jednak bardzo zmęczony i wypiłem wtedy pierwszy raz przed programem Red Bulla i od tamtej pory piłem go już przed każdym kolejnym występem.

 

Pamiętasz wszystkie programy ze swoim udziałem?

- Wystąpiłem z dwudziestu pięciu tematów Wielkiej Gry, z których wygrałem piętnaście. Dziewięć razy startowałem i dziewięć razy wygrałem w Va Banque, programie prowadzonym przez Kazimierza Kaczora, w którym trzeba było, do ukazujących się na tablicy odpowiedzi z danej dziedziny, układać pytanie. Sześć razy w sumie grałem w Jednym z dziesięciu, wygrałem trzy odcinki, trzy razy grałem w wielkim finale, ale raz tylko wygrałem. Dalej był Miliard w rozumie, w którym raz przegrałem w pierwszym podejściu, a następnie wygrałem dwa razy po siedem programów, wygrywając całoroczny cykl. Później wygrałem dwa odcinki podsumowania Erudyty dekady. Później zagrałem jeszcze raz, w nowej formule – nie pucharowej, ale wygrywający zostaje. To było osiemnaście programów, z których wygrałem szesnaście. Oprócz tego startowałem w Magii liter, którą wygrałem. Do tego zagrałem bodajże w Tele Grze i Szybkiej forsie, w których po razie wygrałem. Poza tym uczestniczyłem też w Awanturze o kasę oraz w Najsłabszym ogniwie. Zwieńczeniem był teleturniej Najlepszy z najlepszych, wygrałem trzy odcinki i cały cykl, a potem gdy został rozegrany drugi cykl, spotkałem się z jego zwycięzcą i też wygrałem.

 

Jak reagowali prowadzący i ludzie przygotowujący program, widząc Cię po raz kolejny na stanowisku gracza?

- Wszystko rozstrzygało się już na etapie eliminacji. Pani Ryster w Wielkiej Grze prowadziła wszystko, poza kamerami, reżyserią i układaniem pytań, więc ona dokładnie wiedziała co się dzieje, nic nie mogło jej zaskoczyć. Podobnie było w Miliardzie w rozumie, było jasne kto będzie grał, a kto nie. Czasami kręcili nosem jak się pojawiałem po raz kolejny. Jak wygrałem po raz drugi, to stwierdzili, że coś z tym muszą zrobić (śmiech). W Va Banque pamiętam jak wygrałem ostatni program, w którym zgarnąłem dosyć dużą pulę, mocno przekraczającą średnie wygrane w dotychczasowych odcinkach tego teleturnieju, to patrzyli na mnie trochę jakbym im zabił ojca i matkę. Po tym moim występie program dosyć szybko przestał istnieć i mam czasem takie obawy, że go chyba wykończyłem (śmiech).

 

Co zrobiłeś z pierwszymi wygranymi pieniędzmi?

- Wygrane pieniądze szły głównie na książki, płyty i trochę na rozrywki, w tym na alkohol. Jeśli pieniądze pojawiały się w okresie przed wakacyjnym, pozwalały zorganizować jakiś wyjazd, np. do Włoch.

 

Jaka była największa jednorazowa wygrana?

- W Miliardzie w rozumie było w sumie sto tysięcy, ale w ratach, dwadzieścia pięć za wygranie pierwszego etapu i siedemdziesiąt pięć za wygranie całorocznego podsumowania z czterema najlepszymi zawodnikami. Był jeszcze taki program Najlepszy z najlepszych, teleturniej stworzony specjalnie dla graczy takich jak ja. Reżyser tego programu usłyszał kiedyś w radiu wywiad ze mną i stwierdził, że skoro wielokrotnych zwycięzców nie chcą w tradycyjnych teleturniejach, to zrobi program specjalnie dla nich. Udało się to zorganizować, prowadził to Olaf Lubaszenko i ten program również wygrałem i wtedy też chyba padła największa moja wygrana sto tysięcy, choć nie pamiętam dokładnie.

 

Kiedy zaczęły pojawiać się trudności z udziałem w teleturniejach?

- W Wielkiej Grze byłem przyjmowany dość dobrze, chociaż tam z reguły była zasada, że jeżeli mieli do wyboru nowego gracza i stałego bywalca, to zazwyczaj przechodził ten nowy. To narastało i coraz trudniej było mi się dostać, chociaż nie odczuwałem tego jako jakiegoś problemu. Dramatyczną zmianą było pojawienie się Milionerów, gdzie nie decydowały eliminacje tylko swojego rodzaju castingi, gdzie podczas wstępnych rozmów spytano mnie czy będę grał do końca. Skąd mogłem wiedzieć czy będę grał do końca? (śmiech) Na tym etapie rozmowy się skończyły. Większość późniejszych teleturniejów stosowała zasady castingu, mające na celu wprowadzanie głównie nowych twarzy. Nie decydowała wiedza i umiejętności, tylko gusta organizatorów.

 

Kiedy ostatni raz pojawiłeś się w jakimś teleturnieju?

- Dwa lata temu wystartowałem w Jednym z dziesięciu, na początku szło mi nieźle. Zakwalifikowałem się do finałowej trójki i tam szczęśliwie udało mi się wygrać. Dostałem się do wielkiego finału, jednak tam, będąc w finałowej trójce, przegrałem z przeciwnikiem, z którym spotkałem się już wcześniej.

 

Pamiętasz jakiś szczególnych przeciwników, z którymi toczyłeś swoje pojedynki?

- W swoim pierwszym finale Miliarda w rozumie spotkałem się z Andrzejem Zubalą, po czym jak wystartowałem drugi raz spotkaliśmy się już w pierwszej rundzie, gdzie udało mi się go wypunktować. W następnym roku wygrał on cały cykl Miliarda w rozumie. Jego uważałem zawsze za takiego najmocniejszego przeciwnika. Spotkałem się z nim jeszcze raz w finale Najlepszego z najlepszych.

 

Czy ze znajomości z teleturniejów zrodziła się jakaś przyjaźń?

- Jest dosyć sporo ludzi, z którymi utrzymuję jakiś kontakt. Przy okazji Wielkiej Gry poznałem Pawła Gryguca, który startował z takich samych tematów muzyki poważnej jak ja. On też był w gronie uczestników, którzy wygrali największą ilość odcinków. Paweł pracuje w Bibliotece Narodowej i ilekroć byłem w bibliotece, to wymienialiśmy się swoją wiedzą i doświadczeniami dotyczącymi muzyki poważnej.

 

Kiedy pytano Cię o zawód, w okresie Twoich teleturniejowych sukcesów, co odpowiadałeś? 

- Starałem się unikać tego typu pytań. Teraźniejszość jest o wiele prostsza, ponieważ jestem młodszym bibliotekarzem, a wówczas odpowiadałem np. że jestem filozofem, co akurat było najbliższe prawdzie.

 

Biorąc pod uwagę wykształcenie filozoficzne oraz akcent na filologii, dlaczego wybrałeś akurat taką ścieżkę zawodową?

- Ja jej nie wybrałem, to stało się jakoś tak samoczynnie. Na filozofii uzyskałem tylko absolutorium, a na polonistyce zaliczyłem w ogóle tylko jeden rok. Nawet gdyby mi się udało je skończyć, to niewiele bym z tego miał. Cierpliwości do dzieci nie mam, więc nie mógłbym ich uczyć polskiego, podobnie jak nie umiem sobie wyobrazić siebie jako wykładowcy akademickiego. Te pieniądze leżały w telewizji, to się po prostu po nie schylałem.

 

Można się uzależnić od wygrywania i udziału w teleturniejach?

- Oczywiście, że tak.

 

Podobnie jak w hazardzie, czy jest to coś innego?

- Jest to zupełnie coś innego, bo bardziej uzależniający jest sam tryb przyjmowania wiedzy. Bardzo dużo czasu poświęcałem na przygotowania i pogłębianie wiadomości, które po kilku programach stały się zwyczajnie moim nałogiem. Czytanie, słuchanie, kupowanie kolejnych płyt i książek. Potrafiłem całymi godzinami siedzieć i wkuwać utwory muzyczne.

 

Czy jest szansa, że zobaczymy Cię jeszcze w jakimś teleturnieju? Czy jest jakiś, w którym chciałbyś wystąpić?

- Bardzo chciałbym wystąpić w Wielkiej Grze, ale niestety od kilku lat już jej nie ma (śmiech). Oczywiście jest szansa, że wystąpię. Byłbym niezmiernie rad, gdyby był to poważny teleturniej, wymagający od uczestników wiedzy i umiejętności, a nie efekciarskie show, z pytaniami dotyczącymi życia gwiazd, jakich w dzisiejszych czasach sporo.

 

Co się stało w Twoim życiu, że postanowiłeś oddać swój największy zbiór, który budowałeś latami?

- Po pierwsze bardzo zmieniła się planeta Ziemia i to jakby stanowi podstawę tej decyzji. Kiedyś jedynym sposobem na to, żeby mieć dostęp do dużej ilości informacji, na wyciągnięcie ręki, było mieć te wszystkie informacje w postaci książek u siebie w mieszkaniu. Dzisiaj już tak nie jest. Drugą okolicznością było to, że po prostu przedawkowałem. Tych książek zrobiło się po prostu za dużo. Więcej czasu poświęcałem na ich układanie, katalogowanie i utrzymanie w porządku, niż na czytanie. Zacząłem mieć dosyć emocjonalny stosunek do samej kolekcji. Książki przestały pełnić rolę źródeł, a zaczęły stanowić dla mnie element kompletnej całości, którą musiałem ciągle uzupełniać. Ponadto musiałem się przeprowadzić, a nie miałem docelowego miejsca zamieszkania i nie chciałem, żeby książki zalegały w pudłach, a wypakować je, a potem musieć spakować ponownie i znów wypakować, to byłoby szaleństwo. Nie miałem z tego również żadnego zysku, poza tym, że bawiłem się w kolekcjonera. Postanowiłem więc, że je oddam.

 

Dojdzie do tego, że w kwidzyńskiej bibliotece będziemy mieli czytelnię dla dzieci, dla dorosłych oraz czytelnię Marka Krukowskiego?

- To będzie część czytelni dla dorosłych, wydzielona i ułożona według mojego porządku.

 

Mieszkałeś w zupełnie innej części kraju, dlaczego więc Kwidzyn i kwidzyńska biblioteka?

- Cały czas jestem z tym miastem związany i cały czas w jakimś sensie tu byłem, choć książki akurat trzymałem w Warszawie, a poza tym gdyby nie biblioteka w Kwidzynie, to tej mojej biblioteki też by nie było. Książki zacząłem kupować dlatego, że w kwidzyńskiej bibliotece nie było tych pozycji, które akurat mnie interesowały. W pierwszej kolejności kupowałem to, czego nie mogłem przeczytać w bibliotece, później systematycznie dołączałem te książki najbardziej oczywiste, z których wcześniej mogłem korzystać.

 

Kto był inicjatorem przekazania zbioru bibliotece?

- Parę lat temu prowadziłem wstępne rozmowy z burmistrzem na ten temat, jednak z różnych względów do tego nie doszło. Teraz okazało się, że miasto byłoby nadal zainteresowane przejęciem zbiorów. Mam nadzieję, że jego przekazanie może dać impuls do rozwoju ducha humanistycznego w mieście. Jeżeli coś jest, to oddziałuje. Jeżeli ten zbiór będzie i będzie pokazywany, to może w pozytywny sposób wpłynąć na czytelnictwo w Kwidzynie, nie w sensie ilościowym, ale jakościowym. Kiedy byłem mały, uwielbiałem przychodzić do biblioteki, wybierałem kilka książek i na drugi dzień wracałem, żeby je wymienić. Przyjemnością było nie tylko czytanie, ale przede wszystkim przeglądanie księgozbioru. Fantastycznie było i nadal jest błądzić między książkami i ja bym chciał innym takie błądzenie umożliwić, właśnie w najstaranniej dobranym księgozbiorze i myślę, że może z tego wyniknąć coś pozytywnego.

 

Stąd praca w kwidzyńskiej bibliotece?

- Tak. Mój zbiór stanowi dla biblioteki olbrzymi kęs, niemal nie do przełknięcia. Szukałbym innego zajęcia, ale ktoś musi ten zbiór dostosować do standardów obowiązujących w bibliotekach, przede wszystkim odpowiednio skatalogować, a że chyba nie ma lepszej niż ja osoby, do opracowania i utrzymania tych książek, to zadanie zostało powierzone mi. Nie jest łatwo, bo zarobki nie są oszałamiające, ale mam poczucie, że muszę dopilnować, aby ten zbiór został w takim stanie, w jakim został stworzony, bo jego wartość jest w jego uporządkowaniu.

 

Jak okazały jest zbiór, który przekazałeś bibliotece?

- Książek jest około sześciu tysięcy czterystu, natomiast płyt winylowych cztery tysiące.

 

Kiedy ostatni raz kupiłeś książkę i co to było?

- W ostatnich latach najwięcej książek kupowałem w takim ekstremalnie tanim antykwariacie na Żoliborzu, u pana Krzysia, o którym powstało kilka filmów, potem przeniosłem się na aukcje internetowe. Po pewnej przerwie trafiłem do tego antykwariatu znowu i kupiłem książkę Zabić drozda, autorstwa Harper Lee. Mogło to być około roku temu, jakiś miesiąc lub dwa przed dogadaniem się z miastem w sprawie przekazania zbioru.

 

Kiedy przechodzisz obok siedziby byłej księgarni, targają Tobą jakieś uczucia?

- Teraz już nie, ale kilka razy targnęły (śmiech). Ciągle pamiętam ten moment, kiedy dostałem trzydzieści złotych na siódme urodziny, poszedłem wydać je w księgarni i od razu dostrzegłem książkę, o której słyszałem już na podwórku – Tomek na wojennej ścieżce. W tej księgarni zacząłem też kupować płyty. To była naprawdę fajne miejsce w latach 70. Mam niemal pewność, że takiej księgarni już nie będzie.

 

Podoba Ci się pomysł z przeniesieniem siedziby biblioteki do budynku byłego dworca PKP?

- Mam mieszane uczucia. W dzieciństwie mieszkałem w pobliżu biblioteki oraz Kina Tęcza i ta bliskość dostępu do kultury dużo mi dała. Nad stanem kina ubolewam bardzo i bardzo mi żal, że nie ma już tej bordowej sali, będzie mi też żal biblioteki, bo było to miejsce dla mnie magiczne, jednak jest to sytuacja nieunikniona ze względów technicznych, a więc pozostaje wierzyć, że uda się tę magię przenieść razem z księgozbiorem. Wszystko w naszych rękach.

 

Z Markiem Krukowskim

rozmawiali

Patryk Żaglewski i Marek Sidor

Oceń artykuł
Autor: SIMAR | Sobota 22 lutego 2014 | 000 13450
PROGNOZA POGODY KWIDZYNIACY MAM
Prawa autorskie 2010 - 2019 © Puls Kwidzyna | Projekt i wykonanie Studio Siedem