Piątek 27 listopada 2020 | Imieniny: Waleriana, Wirgiliusza, Ody

Rejestracja Zaloguj się
RADIO KWIDZYNIAKÓW
-

Kultura > Teatr

AKTORSKA PIASKOWNICA, WEDŁUG WOJCIECHA MEDYŃSKIEGO

SINGLE I REMIKSY

Wojciech Medyński

Może na początek opowie mi Pan o swojej postaci.

- Sebastian jest dyrektorem reklamy w dużej firmie, a konkretnie w wydawnictwie prasowym, które wydaje pismo dla singli. W zespole zatrudnieni są tylko single, gdyż szefostwo uważa, że tylko oni są w stanie naprawdę poświęcić się swojej pracy. Sebastian jednak ma żonę. Gra ją Anna Mucha. Naturalnie ze względu na politykę kadrową korporacji muszą ukrywać fakt, że są małżeństwem. W związku z ciążą Ani, autor tekstu, Marcin Szczygielski rozszerzył nasz wątek i od września, od nowego sezonu ukrywamy także to, że spodziewamy się dziecka. Sebastian jest barwną postacią, złożoną z samych sprzeczności. Z jednej strony jest kreatywny, choć jego pomysły to bardziej kwestia przypadku niż świadome działanie. Z drugiej strony to znerwicowany facet, który ma astmę i panicznie boi się swojej szefowej, choć przyparty do muru potrafi być stanowczy i podejmować decyzje. Zawodowo spisuje się dobrze, prywatnie trochę gorzej. W wielu sytuacjach, Sebastian nie dostrzega drugiego dna czy innego znaczenia słów, przez co dochodzi do wielu zabawnych dla widza nieporozumień w jego życiu.

Sztuka w prześmiewczy sposób obnaża postawy singli. Czy są to trafne spostrzeżenia, czy raczej zabieg typowo komiczny?

- Marcin Szczygielski bardzo trafnie, a jednocześnie z polotem przedstawia w tej sztuce plusy i minusy życia singli. Dowodem na to są reakcje i późniejsze relacje widzów, którzy odnajdują wiele podobieństw miedzy sytuacjami z ich firm, a tymi, które zobaczyli w spektaklu. To naturalne, że jako singiel jesteś bardziej elastyczny i mobilny zawodowo, możesz poświęcić się pracy. Chcesz się wykazać i zostajesz po godzinach raz, drugi, trzeci, ale później zaczyna być to normą i jest wręcz wymagane przez szefa. I tak zaczynasz wpadać w pułapkę. Po raz kolejny poświęcasz swój czas i siebie firmie, tłumacząc sobie, że przecież i tak jesteś singlem i nie masz poza pracą innych ważnych obowiązków - takich, jakie mają osoby posiadające rodzinę, dzieci. W ten sposób stawiając tylko na karierę, sami zamykamy się w klatce. Z czasem nie potrafimy się już do tego zdystansować. Praca zaczyna wypełniać całe nasze życie. Nie potrafimy się odciąć, odpocząć. A przecież dla każdego człowieka najważniejsza jest równowaga. Pójście tylko w jedną stronę nigdy nie jest zdrowe. Tkwienie tylko w jednym środowisku, otaczanie się ludźmi, którzy mają ten sam punkt widzenia, zaczyna wypaczać nasz sposób patrzenia na świat.

Jak Pan jako aktor odnajduje się na deskach teatru?

- W teatrze zacząłem grać już na trzecim roku studiów. To jest to, co najbardziej kocham w tym zawodzie. Poza teatrem tradycyjnym, od trzech lat występuję również z teatrem Ab Ovo. To jedyna w Polsce grupa zajmująca się profesjonalnie improwizacją - nową w tym kraju i bardzo trudną sztuką gdzie nie ma scenariusza, nie ma reżysera i gramy „tu i teraz” pod dyktando publiczności i spełniamy jej życzenia. W trakcie tych spektakli bardzo ważną rolę odgrywa widz! To publiczność nas inspiruje podając przykłady miejsc, gdzie mamy zagrać scenę np.: park, restauracja, lotnisko, wymyśla tytuł piosenki jaką mamy zaśpiewać, lub jaką konkretną postać zagrać np. Szewczyka Dratewkę z uczuleniem na wełnę czy Pinokia, który nabawił się korników. Polska publiczność potrafi być bardzo kreatywna i wyznacza nam bardzo trudne zadania. Grałem już pranie w pralce, mężczyznę, któremu wyrosły skrzela, musiałem zaśpiewać operę chińską o wiertarce. To aktorski skok na bungee. Na bazie impro w polskiej telewizji powstało show komediowe „I kto to mówi?”, które, mam nadzieję, wypromuje ten gatunek sztuki.

Ciężko było wkomponować się w rolę Sebastiana?

- Nie było łatwo. Musiałem połączyć postać życiowego fajtłapy i pantoflarza z człowiekiem, który jest ważnym dyrektorem w dużej firmie, a więc z założenia ma takie kompetencje, że zasłużył sobie na to stanowisko. Po reakcjach publiczności wnoszę, że udało mi się zbudować wiarygodną postać, w której widzowie odnajdują po trosze samych siebie, a po trosze osoby ze swojego otoczenia.

Czy był rzeczywisty protoplasta postaci Sebastiana?

- Na pewno nie jedna osoba. Myślę, że takich Sebastianów jest w firmach wielu. Znam ich z opowieści przyjaciół, sam też obserwowałem zachowania wielu osób pracujących w korporacjach. Zawód aktora wręcz wymaga, aby nieustannie przyglądać się sobie i innym, analizować różne postawy i zachowania tak, aby później móc je odtworzyć, wiedzieć jaki jest ich mechanizm, jakie emocje im towarzyszą. To wymaga ciągłego zaglądania w siebie i dowiadywania się, jak reaguję np. w stresie, bólu itd., a oprócz tego bycia czujnym na reakcje innych. Moje obserwacje i doświadczenia przekładają się później na obraz postaci, którą gram.

Czy sztuka jest kierowana do konkretnej grupy osób, czy zarówno single i osoby w związkach, znajdą w niej coś dla siebie?

- Jak najbardziej jest to sztuka dla wszystkich. Z naszego ukrywanego związku i różnych perypetii z tym związanych śmieją się i single i osoby w związkach. Publiczność stanowią osoby w różnym wieku. Poza dziećmi, nie ma barier wiekowych. Mając na koncie już ponad 100 przedstawień w całej Polsce, a także w Londynie, mogę śmiało stwierdzić, że ta sztuka potrafi rozbawić naprawdę każdego.

Jak opowieść o życiu wielkomiejskich singli przyjęła się wśród małomiasteczkowej publiczności?

- Wszędzie jesteśmy przyjmowani rewelacyjnie. W Kwidzynie publiczność zgotowała nam owacje na stojąco, więc tym bardziej jest nam miło. To jest niesamowite, ponieważ wczoraj (28 września) graliśmy pierwszy raz z naniesionymi zmianami związanymi z ciążą Ani Muchy, czyli Joanny, mojej scenicznej partnerki. Było nerwowo, obawialiśmy się, czy dobrze pamiętamy nowy tekst, ale od samego początku czuliśmy niesamowitą energię ze strony widzów. To się czuje na scenie. Jeśli jest ta energia, to grasz zupełnie inaczej. To jest tak jakby widz dodawał skrzydeł.

Jak wyglądała współpraca z reżyserem spektaklu, Olafem Lubaszenko?

- Komfort pracy był bardzo duży. Olaf jest tym reżyserem, który pozwala aktorowi na bardzo wiele, korygując te elementy, dzięki którym spektakl staje się spójną całością. To jest przyjemne z pożytecznym. Jako aktor czujesz akceptację reżysera, a to niestety jest w teatrze dość rzadkie. Do granych przez nas postaci mieliśmy możliwość włożenia bardzo wiele „od siebie”, proponowania, sugerowania. W głównej mierze to my o nich stanowiliśmy, a Olaf wszystko dopieszczał. Współpracę z Olafem wspominam bardzo dobrze.

Mówił Pan, że mieliście możliwość włożenia czegoś od siebie do swoich postaci. Czy jest taki moment, w którym jest pan sobą, a nie Sebastianem?

- Jest jedno zdanie, kiedy staram się je powiedzieć, tak jakby powiedział je Wojtek Medyński prywatnie. To jest zdanie na koniec sztuki, kiedy mówię do szefowej, a propos związku z Joasią, czyli Anią Muchą: „My nie tylko jesteśmy małżeństwem, my się po prostu kochamy.” To jest ten jedyny moment. W tym tkwi frajda tego zawodu. Na dwie godziny odcinam się od mojego życia, moich spraw i problemów, bo nagle mam tysiące problemów Sebastiana. To jest niesamowita odskocznia od życia codziennego, taka aktorska piaskownica. Mamy dwie godziny, gdzie możemy wrócić do czasów dzieciństwa. Nie dosłownie oczywiście, ale pozwala nam to na jakiś moment, po prostu być kimś zupełnie innym niż jesteśmy w rzeczywistości. Widzowie ulegają czasem iluzji i postrzegają aktorów przez pryzmat granych przez nich postaci, a aktor jako człowiek i aktor na scenie, w serialu czy w filmie to zupełnie dwie różne osoby.



Oceń artykuł
Autor: Z Wojciechem Medyńskim rozmawiał Patryk Żaglewski | Środa 16 października 2013 | 000 15664
MAM PROGNOZA POGODY KWIDZYNIACY
Prawa autorskie 2010 - 2020 © Puls Kwidzyna | Projekt i wykonanie Studio Siedem