Środa 13 listopada 2019 | Imieniny: Stanisława, Mikołaja, Krystyna

Rejestracja Zaloguj się
RADIO KWIDZYNIAKÓW
AVIVA - SPRAWDZAMY JAKOŚĆ KWIDZYŃSKIEGO POWIETRZA - KLIKNIJ TUTAJ

Gospodarka > Samorząd

WYWIAD Z PAWŁEM CHODYNIAKIEM – DYREKTOREM SZPITALA SPECJALISTYCZNEGO W PRABUTACH

Paweł Chodyniak

ZADŁUŻONY SZPITAL NIE MOŻE OFEROWAĆ WYSOKIEJ JAKOŚCI

 

Zaczynamy tradycyjnie od życiorysu.

- Urodziłem się w Gdańsku, gdzie uczęszczałem do szkoły podstawowej i liceum. W zasadzie z Kwidzynem czy Powiślem nie byłem związany aż do roku 2004, kiedy to została mi przedstawiona propozycja pracy w spółce „Zdrowie”. Powiedziałbym, że przypadkiem udało mi się zareagować na ogłoszenie, gdyż zostało ono „namierzone” przez moich znajomych w jednej z trójmiejskich gazet. Złożyłem swoje podanie, a miesiąc później odezwał się do mnie członek zarządu i wicedyrektor Ryszard Urbanowicz. Zadzwonił do mnie z zaproszeniem na rozmowę - w celu podjęcia pracy w spółce „Zdrowie” i był to rok 2004. Ten telefon też odebrałem czystym przypadkiem, bo akurat wtedy byłem na wakacjach, a jak wiadomo na wakacjach się raczej telefonów nie odbiera. Więc czystym przypadkiem trafiłem do Kwidzyna i od tamtego czasu jestem z tym miastem, w większym albo w mniejszym stopniu, związany.

 

Czy w tym czasie miał Pan jakąś inną alternatywę?

- W sensie zawodowym to raczej nie. Pracowałem wtedy w banku i chciałem zmienić na pracę w innym banku. Natomiast trafiła się okazja i w sumie podjąłem pracę zgodną z kierunkiem moich zainteresowań, bo temat ochrony zdrowia został przeze mnie rozpoczęty już na studiach. Mało osób tym się zajmowało, a ja widziałem możliwość rozwoju zawodowego, bo ekonomistów w ochronie zdrowia zbyt wielu nie ma.

 

Wydział Ekonomii Uniwersytetu Gdańskiego może poszczycić się znamienitymi absolwentami.

- To fakt. Gdybyśmy mieli wskazać najbardziej znamienitych to wiadomo, że Janusz Lewandowski - wieloletni pracownik uniwersytetu. Jest też Dariusz Filar, który za moich czasów był zawodowo związany z Uniwersytetem Gdańskim. Faktycznie są to osoby, którymi można się chwalić i jest też kilku polityków, którzy kończyli ten kierunek.

 

W działalności gospodarczej teoria często nie pokrywa się z rzeczywistością.

- Życie weryfikuje idee, które się wynosi z uczelni. O ile wszystko fajnie brzmi w teorii zwłaszcza, że ta teoria na Uniwersytecie Gdańskim była jasno określona. My byliśmy, brzydko mówiąc, indoktrynowani - chociaż być może nie jest to brzydkie słowo, bo odnosi się do filozofii ekonomii - neoklasycyzmu, monetaryzmu. Tutaj jednak życie pokazuje, że pewne, wydawałoby się słuszne założenia, niekiedy są niemożliwe do wprowadzenia w życie.

 

Wracamy do roku 2004 i pierwszego spotkania z przedstawicielami szpitala.

- Było to spotkanie z zarządem, gdyż w 2004 roku szpital już funkcjonował w formie spółki. Niewiele wiedziałem o szpitalu kwidzyńskim, ale dominowały opinie pozytywne wskazujące, że był to jedyny szpital przekształcony i funkcjonujący w formie spółki, oprócz kilku prywatnych podmiotów, które funkcjonowały w Trójmieście. Był to szpital zbilansowany, dobrze ułożony, gdzie zdawałoby się nie było problemów dotyczących całej publicznej służby zdrowia - żyć nie umierać.

 

W szpital wpompowano sporą ilość kasy.

- Wydaje mi się, że rozpoczęte w 1999 roku i dokonane zmiany przekształceniowe w roku 2000 natrafiły na pewne kłopoty, ale to się dość szybko udało dyrektorowi Wojciechowi Kowalczykowi wyprowadzić na prostą i spowodowało, że był to szpital oferujący inną jakość. Moim zdaniem zasługą była forma zarządcza szpitala, a nie fakt że szpitalowi przekazywane były dotacje, czy to za pośrednictwem dużych firm z Kwidzyna, czy za pomocą samorządu. Tak więc ta komercjalizacja nie była taka prosta i rodziła się w bólach. Były pewne koncepcje wyjściowe, które później, jak się okazało, nie były możliwe do zrealizowania. Jednak sama decyzja dotycząca przekształcenia była zdecydowania słuszna i dająca szpitalowi w Kwidzynie pewną przewagę. Krok, dwa kroki w przód - nad całą resztą.

 

Czy jest Pan tak bardzo przekonany, że status prawny szpitala ma aż tak istotny wpływ na sposób zarządzania.

- Tak. Zwłaszcza w sytuacji, w której mamy do czynienia z kryzysem. Spółka „Zdrowie” zaraz po przekształceniu musiała borykać się z kryzysem.

 

Kryzys jest nieodłącznym elementem funkcjonującego u nas systemu.

- Nie mogę się z tym zgodzić. Spółka „Zdrowie” przekształciła się w roku 2000, funkcjonowanie w formie spółki rozpoczęła w kwietniu 2000 roku, a w 2001 roku doskwierał już kryzys finansów, związany z wprowadzoną reformą, czyli nie do końca zasadnym liczeniem składek zusowskich czy składek na ubezpieczenie zdrowotne. Apogeum tego kryzysu przypadło na rok 2002, a były to czasy kiedy szpitalom zmniejszano kontrakty, co w tej chwili wydaje się być nie do pomyślenia. To były  naprawdę trudne czasy i wydaje mi się, że kwidzyński szpital przeżył te czasy i był w stanie się rozwijać. Było to spowodowane tym, że funkcjonował on w formie spółki. Decyzje były podejmowane w zdecydowanie innej świadomości. Nie chcę mówić źle o kolegach dyrektorach z początku lat 2000...

 

O dyrektorach czy prezesach?

- O prezesie możemy mówić tylko w Kwidzynie, a ja odnoszę się do całej reszty dyrektorów szpitali spoza Kwidzyna. Należało bilansować przychody z kosztami, a takiej świadomości nie było - zwłaszcza, jeżeli w 1999 roku wszystkie szpitale zostały oddłużone i przekształcane w tzw. SP ZOZ-y.

 

Szczerze mówiąc to widzę w tej komercjalizacji jeden dodatni element, którym jest spersonalizowana odpowiedzialność.

- To właśnie ta odpowiedzialność wymusza na prezesie podejmowane odpowiednich decyzji. Co jest w stanie zmusić dyrektora i co było wtedy w stanie zmusić dyrektora do wprowadzania zmian. Albo mówiąc inaczej - co było w stanie zmusić właściciela do tego, aby oczekiwał od dyrektorów pewnych wyników.

 

Za właściciela robił organ założycielski.

- Organy założycielskie nie oczekiwały zbilansowania przychodów z kosztami. A w mojej ocenie, nawet w tych trudnych czasach, było to możliwe i można było prowadzić szpitale w ten sposób, aby one się bilansowały. Również w roku 2002 i 2003. Fakt, że szpital w Kwidzynie prowadzony był w formie spółki wymusił na zarządzających i na właścicielu podejmowanie wszelkich trudnych decyzji. Jak sobie radzimy to jest super, ale jak sobie nie radzimy, to powołujemy nowego prezesa na sytuacje kryzysowe i przedstawiamy nasze oczekiwania temu prezesowi.

Trzeba powiedzieć jeszcze jedną rzecz, gdyby szpital w Prabutach był od 2000 roku prowadzony w formie spółki to na pewno nie miałby dzisiaj takiego zadłużenia jakie ma. To forma prawna prowadzenia szpitali umożliwiła tym szpitalom zadłużanie się  ponad jakieś racjonalne możliwości.

 

Porozmawiajmy teraz o jakości usług w tak doskonałym tworze ekonomicznym.

- W sytuacji, w której prowadzi się szpital w formie spółki, to najważniejszą rzeczą dla właściciela jest zapewnienie najlepszej jakości. Dodatni wynik szpitala jest tylko narzędziem służącym do osiągnięcia tej jakości. Szpital, który jest zadłużony i ma ujemny wynik finansowy nie może z założenia oferować wysokiej jakości usług zdrowotnych. W mojej opinii argument, który mówi że wysoka jakość musi się wiązać z wysokimi kosztami nie do końca jest trafiony. Mamy środki finansowe jakie mamy, musimy jak najbardziej racjonalnie gospodarować tymi finansami i tylko to pozwala nam wykorzystać coraz większe nakłady na jakość. W sytuacji kiedy marnotrawimy środki finansowe, prowadzimy działalność niedopasowaną do możliwości finansowych NFZ-u i potrzeb pacjentów, to zawsze będzie się to odbijało negatywnie na jakości.

 

Czy w zakresie podstawowych usług medycznych państwo powinno dokładać do interesu czy nie?

- Ja wyszedłbym z założenia, że nie. Otóż czy podstawowe czy specjalistyczne usługi medyczne muszą się finansować z jakiegoś źródła, a w Polsce jest to składka zdrowotna. Zatem de facto możemy powiedzieć, że mamy system parabudżetowy, a to świadczy o tym, że państwo w jakimś stopniu dokłada.

 

Powinno dokładać, bo kiedy funkcjonuje niezależny i samodzielny podmiot, który świadczy różne usługi, to zaczyna się pewna gra i menedżer prowadzący stawia na kontrakty bardziej opłacalne.

- I taka gra musi być.

 

OK, ale jeżeli nie odbywa się to kosztem pacjentów.

- Tutaj jest rola płatnika - osoby czy instytucji wydającej środki publiczne, czy w ogóle instytucji zakupującej świadczenia medyczne, żeby tą jakość odpowiednio zapewnić. Dzisiaj my mówimy w ten sposób... NFZ kosztuje nas tyle i tyle - nieco ponad 1,5 procenta środków wydatkowanych na zakup świadczeń zdrowotnych i to jest zdecydowanie za mało. Nie można powiedzieć, że NFZ kosztuje wiele, bo nie jest w stanie zagwarantować odpowiedniej kontroli jakości świadczeń zdrowotnych, które kupuje.

Należy sobie zadać pytanie - jak powinien być system skonstruowany, żeby jednocześnie mógł kontrolować jakość zakupywanych świadczeń medycznych. Brak kontroli tej jakości ujawnia się na każdym etapie usług zdrowotnych i jest on mniej zauważalny w lecznictwie szpitalnym.

 

Teoretycznie ma Pan rację - rzeczywiście spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, która działa na zasadach kodeksu handlowego, wyraźnie przypisuje odpowiedzialność, która z kolei w przypadku publicznego szpitala jest mało precyzyjna. Jednak na przykładzie spółki „Zdrowie” widać, że ta teoria z praktyką nie ma wiele wspólnego. Bo okazuje się, że ośrodek decyzyjny nawet w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością nie znajduje się w jej strukturach, a ważne decyzje personalne podejmowane są poza nią. Na samym początku istnienia spółki pojawił się prezes, który był wcześniej bankierem i nie podołał.

- No... tak. Nie podołał. Właściciel...

 

Jaki właściciel? Karty rozdawał wtedy Leszek Czarnobaj i wmawiał wszystkim świetlaną przyszłość opartą na inwestorze strategicznym.

- Być może pewne założenia odnośnie inwestora strategicznego zostały źle przyjęte. Musi on posiadać środki finansowe, a moim zdaniem ten inwestor strategiczny tych środków  finansowych nie posiadał. Więc życie zweryfikowało szybko tego inwestora.

 

Nie szybko, bo przez półtora roku prowadzano doświadczenie na żywym organizmie, który miał w tym czasie świadczyć dla społeczności lokalnej podstawowe usługi medyczne. Była to niebezpieczna zabawa, bo kontrolę nad tym podmiotem przejął podmiot zewnętrzny, który okazał się za słaby. Minęło dwanaście lat i w istocie rzeczy znajdujemy się w tym samym miejscu.

- Też nie do końca się z tym zgodzę. Po pierwsze był to krótki epizod, który zakończył się. W którymś momencie mniejszościowy właściciel szpitala, w postaci jednostki samorządu terytorialnego, który ma obowiązek zapewnienia podstawowej opieki szpitalnej doszedł do wniosku, że ten oto prywatny inwestor nie jest w stanie realizować tych zadań, które przypisane są samorządowi  bo jest za „słaby” finansowo. Zaczęto podejmować działania, które zmierzały do tego żeby powiat wspólnie z miastem zyskał kontrolę nad szpitalem, a z drugiej strony żeby szpital został zaopatrzony w odpowiedni kapitał. Gdyby wtedy ktoś mnie zapytał jaki interes może mieć inwestor prywatny w zakupie szpitala to powiedziałbym, że liczył on na wejście prywatnych ubezpieczycieli zdrowotnych i tam widział być może możliwość zarobienia pieniędzy. System, który wchodził zakładał możliwość powstania prywatnych kas chorych. Pewne przesłanki biznesowe i ideowe były za tym, żeby ten szpital sprywatyzować. Natomiast w sytuacji, kiedy się okazało, że ani w roku 2001, ani później nie wyjdzie prywatny system ubezpieczeń i tym samym funkcjonujące szpitale będą skazane na określoną pulę pieniędzy, to moim zdaniem te działania zostały podjęte odpowiednio szybko i reakcja była odpowiednia. Nie możemy powiedzieć, że okres półtora roku to okres w ochronie zdrowia długi. Jestem święcie przekonany, że ta prywatyzacja nie doprowadziła do pogorszenia jakości tego szpitala, a też uważam że gdyby nie przekształcenie to ten szpital (jako SP ZOZ) radziłby sobie o wiele gorzej.

 

Kwidzyński szpital miał zawsze szczęście do bogatej otoczki. Jak nie samorząd pomagał to na horyzoncie był International Paper, który wyremontował oddział ginekologiczny i z czasem oddział chirurgiczny.

- Gdybyśmy dzisiaj porównali możliwości inwestycyjne miast dużych, małych i szeroko rozumianego samorządu kwidzyńskiego to powiedziałbym w ten sposób - oczywiście, że są miasta, które prowadzą szpitale, ale stan techniczny tych szpitali budzi zatrwożenie. Natomiast z drugiej strony mamy sytuację, w której duże szpitale specjalistyczne w miastach miały taki sprzęt i wyposażenie, o którym nawet szpital w Kwidzynie mógłby pomarzyć. Trzeba docenić fakt, że były prowadzone działania ku temu, aby ten szpital, w ten czy inny sposób, został doposażony. Ale inwestycje w szpitalu to jedna rzecz, a bieżące bilansowanie się i prowadzenie szpitala to druga rzecz. Gdyby szpital w Kwidzynie miał długi i nie był w stanie wiązać końca z końcem to te same pieniądze, które poszły na remont oddziałów zostałyby wykorzystane na dofinansowanie szpitala. Chociaż fakt, faktem w przypadku SP ZOZ-u nie jest to w zasadzie możliwe czy łatwe. Niemniej jakieś próby przekazywania środków finansowych na poprawę sytuacji finansowej szpitali były prowadzone, choćby w postaci udzielania pożyczek dla jednostek własnych.

Dzięki przekształceniu szpital w Kwidzynie mógł się rozwijać, skonsumować środki na inwestycje i mógł je przeprowadzić, a z drugiej strony nie było problemu zadłużenia. Możemy teraz gdybać co by było gdyby szpital w Kwidzynie nie został przekształcony, ale możemy również wskazać przykład szpitala w Malborku, który przez wiele lat przekształcony nie był.

 

Po raz kolejny zwrócę uwagę, że pomoc szpitalowi kwidzyńskiemu deklarowali zawsze wszyscy i to bez względu na polityczne uwarunkowania. Poza tym cały czas mówi Pan o „samorządzie”, a pod tym pojęciem kryje pierwszy szczebel w postaci bogatego miasta i drugi szczebel samorządu, który krezusem już nie jest.

- Szpitalowi nie pomagało jedynie miasto, ale również i powiat. Właścicielem szpitala było miasto i powiat, a swego czasu w dość podobnych proporcjach.

 

Tylko, że powiat miał obowiązek wynikający z ustawy o samorządzie powiatowym, a miasto obowiązku takowego nie posiadało.

- Ale miasto miało możliwości .

 

O tym właśnie mówiłem. Miasto bez obowiązków, ale z możliwościami i... posiadające pakiet mniejszościowy. Przecież ekonomicznie jest to niezdrowy układ. Dlatego nie ma co się dziwić, że efektów nie było i nie ma.

- No... nie zgodzę się z tym, gdyż moim zdaniem efekty były.

 

I w ostatniej odsłonie otwarto kopertę, w której była propozycja zakupu szpitala za cenę 800 tysięcy złotych.

- Proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz. Mamy okres 10 lat i w ciągu tych lat szpital kwidzyński przechodził różne zawirowania, również szpital w Prabutach przechodził różne zawirowania, szpital w Sztumie i Malborku również przechodziły różne zawirowania. Szpital w Kwidzynie być może stracił pewną przewagę, którą  miał na początku lat 2000. Przewaga między szpitalem w Kwidzynie, a choćby ościennymi szpitalami była znacząca. Tu w Kwidzynie można było mieć wrażenie, że jest inna jakość świadczonych usług, choćby w zakresie wyposażenia i dostępu do pewnego sprzętu. I to pozostałe szpitale na Powiślu starały się te różnice wobec Kwidzyna nadrabiać. Proszę zwrócić uwagę, że w jakimś stopniu szpital w Sztumie się przekształcił, ale czy będzie to z korzyścią dla mieszkańców powiatu sztumskiego - czas pokaże. Być może tak, chociaż osobiście nie jestem entuzjastą przekształceń w formie dzierżawy sprzętu i wyposażenia oraz nieruchomości, bo uważam że to zdecydowanie pogarsza jakość usług.

Kwidzyn był zawsze pokazywany jako przykład sukcesu. Trudne czasy, które były na początku lat 2000 nie ominęły żadnego szpitala, ale uważam że Kwidzyn wyszedł z tych trudnych i ciężkich czasów w sposób najlepszy z możliwych.

 

Dlaczego nie został Pan w kwidzyńskim szpitalu skoro tam było tak dobrze?

- Geneza mojego przejścia do Prabut wywodzi się stąd, że w roku 2008 kiedy wicemarszałkiem województwa pomorskiego odpowiedzialnym za służbę zdrowia był Leszek Czarnobaj, to sytuacja finansowa szpitala w Prabutach była wyjątkowo zła. Placówka była mocno zadłużona i funkcjonowała tylko dlatego, że dwa lata wcześniej przeprowadzona została restrukturyzacja.

Można powiedzieć, że ówczesny prezes spółki „Zdrowie” Wojciech Kowalczyk został poproszony przez Leszka Czarnobaja o to, żeby zbilansować kwidzyński szpital, a potem żeby zacząć wdrażać koncepcję połączenia szpitali.

 

Jaki był Pański stosunek do tej fuzji?

- Byłem jedną z osób opracowujących ten program. Miały być dwa szpitale w sensie funkcjonalnym. Szpital w Prabutach  miał mieć swój oddział w Kwidzynie, a szpital w Kwidzynie miał mieć swoje oddziały w Prabutach. Tak więc była to fuzja wielowymiarowa. Podejmowane i opracowywanie tej koncepcji było zasadne w 2007 roku. Okazało się dość szybko, że rok 2008 przyniósł tak istotne zmiany w ochronie zdrowia, że trzeba było tę koncepcję zweryfikować. Doszliśmy do wniosku, że szpital w Prabutach może być prowadzony w formie samodzielnej, jako odrębna jednostka i nie trzeba w nim działalności zabiegowej likwidować, bo dotyczyła ona przede wszystkim chirurgii klatki piersiowej, która rozwinęła się tutaj na niespotykaną dotąd skalę. Było to wynikiem podpisania porozumienia  z Akademią Medyczną i kierownikiem Kliniki Chirurgii Klatki Piersiowej. Na bazie tego porozumienia osoby z kliniki do dzisiaj pracują w naszym szpitalu. Nasz oddział chirurgii klatki piersiowej jest dzisiaj jednym z większych oddziałów po klinikach akademickich, świadczy usługi dla mieszkańców praktycznie z trzech województw: warmińsko-mazurskiego, kujawsko-pomorskiego i pomorskiego. Wydaje się, że ma dobrą renomę, ale to wszystko zaczęło się rozwijać w dynamicznym tempie dopiero od 2008 roku.

 

Z żalem żegnał Pan spółkę „Zdrowie”?

- Oczywiście. Ja nie pożegnałem się z nią tak z dnia na dzień, bo jeszcze w jakimś stopniu angażowałem się w różne działania. Mieliśmy też wspólne projekty ze spółką i pewne rzeczy trzeba było pozamykać. Jednak do końca nie mogę powiedzieć, że na dobre pożegnałem się z tym szpitalem. Sercem jestem z pracownikami tej spółki.

 

Za którą koncepcją Pan optuje? Tą realizowaną przez organ prowadzący, czy przez Mirka Górskiego, który chce zablokować prywatyzację.

- To co przeprowadziło starostwo, czyli przetarg na sprzedaż swoich udziałów, to tylko jedna z dwóch koncepcji. Przecież jest jeszcze koncepcja integrowania dwóch szpitali. Być może jakimś pomysłem jest sprzedaż udziałów czy całego szpitala podmiotowi zewnętrznemu. Nie wiem czy osobiście bym się na coś takiego zdecydował na miejscu starosty. Podstawowe pytanie brzmi - co może na tym zyskać mieszkaniec powiatu kwidzyńskiego. Jeżeli do spółki „Zdrowie” wszedł by dość duży kapitał, ze znaczącymi inwestycjami, to być może byłoby to działanie korzystne dla mieszkańców. Natomiast jeśli jest to próba przekazania szpitala podmiotowi, który jakość sobie radzi, ale istotnych koncepcji rozwojowych nie ma - to ja bym się pod takimi działaniami nie podpisał.

 

Przecież mocny podmiot ekonomiczny bardziej będzie zainteresowany szpitalem w Prabutach, niż szpitalem kwidzyńskim.

- Szpital w Prabutach był wystawiony na sprzedaż w roku 2009, ale ta sprzedaż nie zakończyła się sukcesem, gdyż nie wpłynęła żadna oferta. W sensie biznesowym pewne kalkulacje pokazywały, że okres zwrotu z inwestycji będzie zbyt odległy. W mojej opinii jest dzisiaj tak samo ze szpitalem w Kwidzynie. Obecnie prowadzenie szpitala to nie jest dobry biznes. Co najwyżej można szpital zbilansować po to, żeby starać się zapewnić jak największą jakość usług.

Uważam, że samorząd podjął pewną próbę sprzedaży, okazała się ona rzeczywiście nieskuteczna i pewnie jakiś wpływ na to miał fakt przeprowadzonej kontroli w spółce „Zdrowie” i zakwestionowanie umowy na oddział kardiologiczny oraz konieczność zwrotu środków - co również wydaje mi się pewną abstrakcją. Natomiast była to jakaś próba i ja cały czas zachęcam samorządowców z Kwidzyna do tego, żeby rozpatrywali możliwość pewnej konsolidacji niektórych rodzajów działalności ze szpitalem w Prabutach. Jednak interesy poszczególnych grup zawodowych nie powinny być wyznacznikiem działań samorządów, który musi spojrzeć na to szerzej, gdyż reprezentuje on interesy mieszkańców i pacjentów, a nie pracowników. Szpital jest po to, żeby leczyć pacjentów, a nie po to, żeby zapewniać miejsca pracy.

 

Przy chłodnej kalkulacji można zauważyć mocne strony ewentualnej fuzji.

- Tylko, że ja teraz nie wiem do końca - jaki jest obecnie pomysł na prowadzenie szpitala.

 

Wydaje mi się, że sam starosta też nie wie.

- Ale to też nie jest koniecznie czymś złym. Jest oczywiste, że stworzenie pewnej strategii długofalowej, zwłaszcza zmieniających się norm, wymaga pewnej dyskusji politycznej z ekspertami, niekiedy też z pracownikami.

 

Czy Pan na miejscu starosty, po przeprowadzonej kontroli NFZ-u, zamknąłby kwidzyński oddział kardiologiczny?

- Na miejscu prezesa spółki „Zdrowie” starałbym się ograniczyć świadczenie usług z zakresu kardiologii i to następnego dnia, w którym dostałbym protokół pokontrolny.

 

Który tylko odnosił się do źródeł finansowania, a nie był decyzją.

- Był również decyzją.

 

Ale nie decyzją odnośnie zamknięcia oddziału, bo to nie są uprawnienia funduszu.

- Fundusz stwierdził rzecz następującą, iż od dnia tego i tego przestaniemy finansować oddział kardiologiczny. Ja już od kilku lat powtarzałem prezesom i osobom z samorządu powiatu, że oddział kardiologiczny nie ma racji bytu w Kwidzynie, bo nie ma w nim pracowni hemodynamicznej. Wiemy, że taka pracownia powstaje w tej chwili w Sztumie i nie będzie możliwości, żeby dwa oddziały kardiologiczne funkcjonowały na jednym obszarze. Większość procedur kardiologicznych można wykonywać na oddziale wewnętrznym i my je również wykonujemy. Natomiast spółka „Zdrowie” została postawiona w sytuacji  takiej, że z dnia na dzień będzie mieć miesięcznie o ponad 100 tysięcy mniej.

 

To jest tylko 100 tysięcy.

- To jest aż 100 tysięcy,  czyli 1 200 000 w skali roku.

 

W wywiadzie sprzed dwóch miesięcy Wojciech Kowalczyk powiedział wyraźnie, że nigdy nie podjąłby decyzji o zamknięcie oddziału kardiologicznego.

- Problem polega na tym, że NFZ nie wypowiedział umowy z winy świadczeniodawcy. Stwierdził nieważność umowy i jest to chyba pierwszy taki przypadek w województwie pomorskim, albo nawet w całej Polsce.

 

Przyczyną było jednak potwierdzenie nieprawdy w dokumentacji kontraktowej.

- NFZ na zasadzie odpowiedniego artykułu ustawy o finansowaniu świadczeń ze środków publicznych faktycznie stwierdził, że oferta złożona pod koniec roku 2009 na rok 2010 i w kolejnych latach - była ofertą nieważną. Do tej pory nie mieliśmy do czynienia z tak rygorystycznym postępowaniem. Śmiem twierdzić, że gdyby nie fakt, że źródłem „afery” był donos, to całej tej akcji by nie było. Narodowy Fundusz Zdrowia ma możliwość zakwalifikowania wszystkich tych procedur kardiologicznych, które zostały wykonane na oddziale kardiologicznym jako procedury oddziału wewnętrznego. Może to zrobić bez większej szkody dla spółki „Zdrowie”, bo świadczenia zostały udzielone na oddziale kardiologicznym, ale równie dobrze mogłyby zostać zrealizowane na oddziale wewnętrznym (z zachowaniem wszystkich wymagań i standardów, których oczekiwał NFZ). W mojej ocenie próba zabrania Kwidzynowi ponad 3 milionów złotych to jest próba zrobienia skoku na kasę szpitala.

 

Nikt roztropny nie robi skoku na pustą kasę.

- W takich sytuacjach robi się. Z punktu widzenia NFZ-u nie ma znaczenia czy pieniądze są, czy ich nie ma. W mojej opinii rozsądek osób zarządzających w NFZ-cie powinien skłonić ich do tego, żeby te świadczenia móc przekonwertować na świadczenia na oddziale wewnętrznym. Dzisiaj NFZ daje nam mniej więcej przekaz taki – „nie róbcie świadczeń, jeżeli gdziekolwiek nie spełniacie wymagań jakie my przed wami stawiamy, bo za kilka lat my możemy do was przyjść, wszystko wam zakwestionować i zażądać zwrotu środków”. W takim razie my jako świadczeniodawcy nie będziemy tego robić, ale kto inny na tym ucierpi. Tak naprawdę  NFZ, w sensie pewnej wymowy działań, działa w moim odczuciu niekiedy na niekorzyść pacjentów.

 

Podstawowa opieka medyczna na wolnym rynku nigdy nie będzie dobrze funkcjonować.

- Prowadzenie szpitala czy, szerzej, udzielanie świadczeń zdrowotnych, to coś więcej niż tylko administrowanie szpitalem i opieranie się na wskaźnikach ekonomicznych. Jest to polityka i pewne działanie długofalowe. Osobiście uważam, że szpitale które istnieją w dzisiejszym systemie nie mogą być nastawione na zysk, bo nie tędy droga - zwłaszcza jeżeli właścicielem tego szpitala jest instytucja publiczna. Niektóre szpitale nie powinny w ogóle funkcjonować, a mimo to funkcjonują.

 

Wszystko wskazuje na to, że odbędzie się referendum.

- Ja nawet nie wiem, czy ono jest w tej chwili celowe.

 

Jest celowe, ponieważ obowiązuje do tej pory uchwała, która nakłada na organ wykonawczy zbycie udziałów. Żeby cofnąć tę uchwałę, to jedyną możliwością jest referendum. I co Pan zakreśli na kartce?

- Nie dostanę kartki, bo formalnie jestem mieszkańcem Trójmiasta, ale gdybym był mieszkańcem powiatu kwidzyńskiego to nie jestem pewien, jakbym się zachował. Nie ma dzisiaj konkretnej propozycji z samorządu, dotyczącej kupca.

 

Nigdy nie było.

- Była. W roku 2009 został przeprowadzony przetarg na sprzedaż udziałów i zgłosiło się czterech oferentów. Były to konkretne propozycje nabycia udziałów i dokonania pewnych inwestycji. Przetarg został wtedy unieważniony, ale konkretne propozycje były.

 

A dlaczego został unieważniony?

- Powiem szczerze, że już nie pamiętam.

 

Jak obserwuję samorządowców to mam wrażenie, że dopiero poznają podstawowe unormowania w spółkach kapitałowych.

- Może, aż to tak źle nie wygląda.

 

Za Pańskich czasów, kto był przewodniczącym rady nadzorczej?

- Z tego co pamiętam to Pan Szatkowski. Oczywiście można się zastanowić jaka była ingerencja samorządu, bo w ramach nadzoru właścicielskiego można bardzo ingerować w działanie rady nadzorczej. Przecież prawem właściciela jest możliwość istotnego wpływu na funkcjonowanie spółki.

Dzisiaj nie zdecydowałbym się na sprzedaż udziałów - m.in. dlatego, że są o wiele gorsze warunki zewnętrzne. Wcześniej wyglądało to inaczej, pojawiły się dodatkowe środki w ochronie zdrowia i wydawało się, że wzrostowi wkładek nie będzie końca. Można było wówczas rozwijać działalność i zwiększać wykonywanie świadczeń. To były czasy, kiedy dobrym działaniem było rozszerzenie działalności. Gdyby zapytał się mnie Pan, czy ja w 2009 roku byłbym za tym, żeby samorząd sprzedał większość udziałów, to pewnie był powiedział, że tak. Być może któraś z tych koncepcji była na tyle ciekawa i rozwojowa dla spółki, że warto byłoby ją zrealizować. Dzisiaj wydaje mi się, że warunki są o wiele gorsze.

 

Czy zna Pan sprywatyzowany szpital, który pełni funkcję szpitala powiatowego.

- W naszym najbliższym otoczeniu mamy szpital w Sztumie, który jest prowadzony przez spółkę prywatną Szpitale Polskie.

 

Czy szpital w Sztumie może być wzorcem dla innych placówek?

- Znam trochę ten szpital i osoby zarządzające tą spółką i w mojej ocenie forma prywatyzacji szpitala być może była korzystna dla budżetu samorządu sztumskiego, lecz nie do końca była zasadna z punktu widzenia długotrwałej polityki zdrowotnej. Sprzęt szpitala został wydzierżawiony prywatnemu podmiotowi, który miał ponieść duże nakłady inwestycyjne i jednocześnie płacić bardzo wysoki czynsz. Był on bardzo wysoki, bo dochodzący do 7 procent przychodów. Życie to niestety zweryfikowało. W mojej ocenie dopiero w tej chwili podejmowane są działania, które być może odmienią los tego szpitala. Jest to szpital stricte prywatny. Mamy też szpitale kupowane przez spółkę, bodajże nowy szpital w Wąbrzeźnie i w Świeciu. Jak one sobie radzą w sensie finansowym - tego nie wiem, bo nie znam specyfiki tych szpitali.

 

Porozmawiajmy o szpitalu w Prabutach.

- Szpital w Prabutach jest w tej chwili na ostatnim odcinku związanym z przekształceniem. Jest to najbardziej istotne działanie w okresie ostatnich dziesięciu lat.

 

Czyli komercjalizacja.

- Stricte komercjalizacja. Przekształcenie nastąpi na bazie ustawy o działalności leczniczej. Będzie to trochę inna forma od tej kwidzyńskiej. Nie będzie likwidacji SP ZOZ-u i powołania spółki, a nastąpi ciągłość działalności. Pozwoli nam to pozbyć się zobowiązań w kwocie prawie 6,5 miliona złotych, które ciągną się za placówką od początku roku 2000. Taki wariant pozwoli złapać oddech i w coraz większym stopniu prowadzić politykę inwestycyjną.

 

Jaki wynik szpital uzyskał za ostatni rok?

- W 2011 roku się nie zbilansowaliśmy, ale nie rozliczyliśmy się także z Narodowym Funduszem Zdrowia.

 

Mimo tego jesteście blisko. Tylko skąd w takim razie będą pochodziły środki na wspomnianą inwestycję?

- Z bieżącej działalności. Mamy zadłużenie na kwotę 6,5 miliona (są to zobowiązania kredytowe). Na przestrzeni ostatnich czterech lat spłaciliśmy około 3 milionów złotych, to mamy około 1 milion rocznie - może nie tyle oszczędności w kosztach, ale środków finansowych, które mogę przeznaczyć na inwestycje. Potrzebne one będą zwłaszcza budynkom.

 

Przecież te budynki pochłoną jak gąbka każde środki.

- No... nie. Zakładamy, że oszczędności wynikające ze zmniejszenia zadłużenia o 6,5 miliona złotych spowodują, że do końca roku 2016 nie wydamy dzięki temu prawie 7,5 miliona złotych.

 

I będzie potrzebny nowy kredyt.

- Nie. Zakładamy, że będziemy realizować program dostosowawczo-modernizacyjny. Zostało to również ujęte w biznesplanie, który przedstawiliśmy samorządowi. Nie jest to wcale żadna abstrakcja ekonomiczna. Do końca roku 2016 będziemy w stanie zainwestować, tylko i wyłącznie, z własnych środków prawie 8 milionów złotych. To na tyle dużo, że pozwoli nam praktycznie dostosować się do tych wymogów sanitarnych, które w tej chwili obowiązują i które trzeba do końca 2016 roku spełnić. Z drugiej strony staramy się pozyskiwać środki z dotacji i przez ostatni czas udawało się, ale teraz będą one mocno ograniczone.


Ile budynków z tego całego kompleksu znajduje się pod pieczą prabuckiego szpitala?

- Swoją działalność medyczną prowadzimy obecnie w trzech pawilonach. Praktycznie trzy i pół budynku, bo w jednej połowie budynku mamy mieszkania, ale to wszystko będzie własnością spółki i trzeba będzie w jakiś sposób zagospodarować (może sprzedać albo wydzierżawić). Naszym celem nadrzędnym jest dostosowanie oddziałów i pomieszczeń w obecnych budynkach. Być może się okaże, że sprzedaż jednego lub drugiego pawilonu spowoduje, że będziemy mieć dodatkowe środki na inwestycje.

 

Niezbędna jest współpraca z lokalnym samorządem, której najważniejszym punktem powinna być droga dojazdowa  do szpitala.

- Myślę, że to powinno być w interesie samorządu gminy Prabuty i powiatu. Problem polega na tym, że jest to droga powiatowa i nie do końca jest sprecyzowane porozumienie pomiędzy powiatem a miastem. Bardzo by nam zależało na tym, aby ulica Kuracyjna została wyremontowana, bo ona faktycznie żadnych standardów już nie spełnia. Z drugiej strony jesteśmy bardzo zadowoleni z modernizacji odcinka drogi krajowej pomiędzy Prabutami a Mikołajkami Pomorskimi.

 

Dziękuję za bardzo długą, lecz dla mnie bardzo interesującą rozmowę.

 

Z Pawłem Chodyniakiem rozmawiał Marek Sidor

 

 

Oceń artykuł
Autor: Wywiad spisała Anita Przepiórka | Środa 8 sierpnia 2012 | 000 9539
PROGNOZA POGODY KWIDZYNIACY MAM
Prawa autorskie 2010 - 2019 © Puls Kwidzyna | Projekt i wykonanie Studio Siedem